Przejdź do treści
Wysyłka w 24h
Darmowa wysyłka paczkomatem InPost od 199 zł
Ponad 100 książek dostępnych od ręki

Zaginiony kolarz na Bałtyk-Bieszczady Tour (fragment kryminału Niebieska obsesja)

Morderczy ultramaraton, Bieszczady spowite gęstą mgłą i zawodnik, który znika bez śladu. Co dzieje się, gdy sportowa rywalizacja zamienia się w walkę o przetrwanie, a peleton skrywa mroczne tajemnice? Zapraszamy do lektury darmowego fragmentu wciągającego thrillera kolarskiego "Niebieska obsesja". Poznaj początek śledztwa, które wstrząśnie środowiskiem kolarskim!

***

Potężne kopnięcie wyłamało zamek! Poprawka wyrwała drzwi z zawiasów, które z hukiem wleciały do środka. W powietrzu świsnął granat dymny, a milisekundę później do wnętrza wpadli antyterroryści.

– Na ziemię! Gleba! Leżeć! Nie ruszać się! – padały okrzyki.

Zanim którykolwiek ze znajdujących się w chacie mężczyzn zdążył zareagować, wszyscy byli już obezwładnieni. Kiedy dym opadł, do pomieszczenia wkroczył dowodzący akcją komisarz Adam Szafirski. Szybko zlustrował pomieszczenie i z uznaniem skinął do przysłanych z centrali ludzi. Następnie skierował wzrok na zatrzymanych. Nabrał powietrza, aby powiedzieć kilka zdań o powodzie aresztowania, gdy nagle zamarł. To co zobaczył, nie mogło być prawdą!

Dwanaście miesięcy wcześniej

Zniknięcie na Bałtyk-Bieszczady Tour

Komandor wyścigu kolarskiego Bałtyk-Bieszczady Tour od rana był w beznadziejnym humorze. Przenoszenie mety z Ustrzyk Górnych do Wołosatego okazało się kompletnym niewypałem. Wieś była kompletnie nieprzygotowana na przyjęcie kolumny wyścigu. Jedynym obiektem dysponującym odpowiednią liczbą miejsc był pamiętający czasy Gomułki zdewastowany i nieogrzewany barak. Internet nie działał, a telefony gubiły zasięg. O sprawdzeniu pozycji trackera można było więc jedynie pomarzyć. Chcąc godnie przywitać zawodników na mecie, komandor musiał tkwić na posterunku i uważnie wypatrywać ich sylwetek wyłaniających się z gęstej mgły. Innej opcji nie było. W nocy czekał już tylko na Wacława Strzeleckiego. Liczył, że uściśnie mu dłoń, wręczy medal i w końcu pójdzie spać. Wizja tych kilku godzin odpoczynku dodawała mu otuchy.

Do świtu jednak nikt się nie zjawił. Ostatni sygnał z nadajnika kolarza pochodził z okolic Czarnej Górnej. Trzydzieści pięć kilometrów stąd. Strzelecki był tam poprzedniego dnia tuż po zachodzie słońca. Nawet gdyby szedł na piechotę, powinien już dawno być na mecie. Przecież nie pomylił drogi i nie pojechał w stronę Cisnej, bo od razu zorientowałby się, że to błąd. Na „bananowy zakręt” też się raczej nie nabrał. Po ostatnim remoncie to miejsce było doskonale oznaczone i każdy kolarz wiedział, że trzeba skręcić tam w lewo. Innych możliwości zabłądzenia nie było.

Rozmyślania nad losem zaginionego zawodnika przerwał dźwięk przychodzącej wiadomości. Telefon złapał na chwilę zasięg i teraz „zbierał” wszystkie zaległe smsy i połączenia. Komandor zlekceważył sygnał. Telefon zabrzęczał jednak ponownie. Następnie kolejny raz i kolejny. Wkrótce pojedyncze dźwięki przerodziły się w maniakalne brzęczenie. Zmęczony organizator Bałtyk-Bieszczady Tour chwycił komórkę i zdębiał. Czterdzieści prób nawiązania połączenia. Wszystkie od obcych numerów. Był też jeden sms od znanego kontaktu: „Ładuj się w auto i przyjeżdżaj!!! Mamy problem”.

Znalezisko w rowie i medialny lincz

Jeep straży granicznej stał zaparkowany na poboczu, niespełna cztery kilometry od Wołosatego. Kogut na dachu błyskał ciemnoniebieskim światłem, kawałek dalej znajdował się pomarańczowy znak ostrzegawczy. Był też drugi samochód: biała Škoda Felicia, czyli słynna „te-jedynka”, którą poruszał się sędzia główny wyścigu. W przydrożnym rowie krzątało się dwóch pograniczników. Wyraźnie czegoś szukali. Trzeci z mundurowych zajęty był rozmową z sędzią. Komandor zatrzymał swój pojazd i wyszedł na zewnątrz mrużąc zmęczone oczy. Po chwili dowiedział się, że nad ranem pogranicznicy natknęli się na leżący na asfalcie rower. Czerwona szosówka marki Trek. Na ramie naklejka z numerem dziewiętnaście. Dokładnie tym, z którym startował Wacław Strzelecki.

– Jest i nasza zguba – skomentował komandor. – Lub przynajmniej coś, co do niej należało – dodał nieco ciszej, napotkawszy surowy wzrok jednego ze strażników granicznych.

Dwa dni po zaginięciu Strzelecki już nie żył. Przynajmniej tak zawyrokowały media, które niemal natychmiast zainteresowały się sprawą. Istotną rolę odegrało amatorskie wideo, nagrane przez przypadkowego turystę. Filmik prezentował stojącego tyłem mężczyznę w szarym mundurze, który zabezpieczał leżący na jezdni rower. W tle widoczny był szary Jeep z otwartym bagażnikiem, z którego wystawało coś przypominającego czarną folię. Choć nagranie było krótkie i jakościowo pozostawiało wiele do życzenia, wystarczyło do wydania osądu: to rower uczestnika Bałtyk-Bieszczady Tour, natomiast na pace leży denat.

Choć werdykt zapadł, wrzawa wokół sprawy nie przycichła. Wręcz przeciwnie. Tysiące osób nagle poczuło się ekspertami kolarstwa: „Nie potraficie zabezpieczyć trasy!”, „Gdzie samochód, którym powinien jechać za każdym zawodnikiem?”, „Powinni was zamknąć, a zawody zdelegalizować!”. Nerwowo zareagowali również sami zawodnicy. Niektórzy mieli pretensje o wyznaczenie mety w tak odległym od cywilizacji miejscu. Część narzekała na działanie trackerów, które co chwilę się psuły i – jak widać na przykładzie Strzeleckiego – nie były w stanie zapewnić kolarzom należytego bezpieczeństwa. Jeszcze inni stanowczo twierdzili, że już nigdy nie wystartują w zawodach, w których giną ludzie. O dziwo, najrozsądniej zachowywała się rodzina zawodnika. Wszelkie pytania wścibskich dziennikarzy ucinali krótkim „bez komentarza”.

Deficyt oficjalnych informacji i wyjaśnień tylko zachęcał do tworzenia kolejnych niestworzonych teorii. Zdaniem niektórych Strzeleckiego miał śmiertelnie potrącić i uciec z miejsca zdarzenia jeden z wysoko postawionych pracowników parku narodowego, spokrewniony z członkiem rządu. Sugerowano też, że kolarz mógł zgubić drogę i utopić się w lokalnym bagnie. Za dowód miały służyć relacje świadków, którzy widzieli strażników granicznych przeczesujących ten teren. Po co jednak Strzelecki miał chodzić po grzęzawisku, kiedy przed nim rozciągała się prosta, asfaltowa droga? Tego nie wyjaśniono. Kolarz miał być też rzekomym świadkiem koronnym, a całe zaginięcie dobrze ukartowaną akcją służb specjalnych. Wśród hipotez wymieniono również atak niedźwiedzia, samobójstwo, a nawet ingerencję UFO. Kiedy w mediach ukazywały się coraz to dziwniejsze teorie, sanocka dochodzeniówka dopiero zapoznawała się ze sprawą. Sprawą, która jak się później okazało, była jedną z najbardziej zagmatwanych i zadziwiających ze wszystkich zgromadzonych w tutejszych kronikach.

Doping i paranoja na mecie

Damian Igielski stał na podium Młodzieżowego Pucharu Polski. Nie mógł uwierzyć w to, czego dokonał. Jeszcze kilka dni temu poważnie myślał o zakończeniu kariery. Miał dość roweru i ciągłego pasma niepowodzeń. Całkowicie poświęcił się kolarstwu, a ono do tej pory odpłaciło mu się jedynie dwoma zniszczonymi rowerami, złamanym obojczykiem i rachunkiem od fizjoterapeuty, który zajmował się jego przeciążonym kolanem. Teraz, po prawie 150 kilometrach ścigania odbierał nagrodę za zajęcie drugiego miejsca. Rywal, z którym uciekał od samego startu, pokonał go wprawdzie na finiszu, ale Damian i tak był przeszczęśliwy. Nigdy przedtem nie zbliżył się nawet do pierwszej dziesiątki.

Dobry nastrój zawodnika niestety nie trwał długo. Igła kierował się już w stronę drużynowego busa, gdy drogę zastąpił mu postawny brunet w ciemnych okularach.
– Dzień dobry, kontrola Polskiej Agencji Antydopingowej – powiedział mężczyzna, pokazując służbową licencję. – Proszę za mną do białego namiotu – dodał, wskazując ręką kierunek.

W kontroli antydopingowej jest coś uwłaczającego. Sportowiec, który znajdował się w centrum zainteresowania, odbierając należne mu laury, chwilę później może być potraktowany jak potencjalny oszust. Stoi za cienkim parawanem próbując oddać próbkę moczu. Nie dalej niż pół metra od niego dwóch „smutnych panów”, nadzorujących czy podejrzany czegoś nie kombinuje. Panów jest zawsze dwóch. To na wypadek ewentualnego przekupstwa. Zdarzały się już przypadki, kiedy w zamian za okazały plik banknotów, kontroler był sugestywnie proszony o „zatroszczenie się” o próbki – na przykład ich zanieczyszczenie albo podmianę.

W takiej scenerii ciężko o spokój. Igielskiemu trzęsły się nogi. W myślach robił rachunek sumienia. Nie brał dopingu. Efedryna się nie liczyła. Ta silnie pobudzająca substancja widniała co prawda na liście środków zakazanych, ale większość kolarzy traktowała ją raczej jako zamiennik kawy, a nie prawdziwy doping. Zresztą ostatni raz efedrynę Igła pił ponad miesiąc temu. Niemożliwe, żeby tak długo utrzymała się w jego organizmie. A co, jeśli test da jednak pozytywny wynik? Jego kolega z zespołu, mimo że stuprocentowo czysty, właśnie odbywał zawieszenie. To dowód, że błędne kontrole się zdarzają. Choć może to nie był błąd, a kolega szprycował się na całego, zwyczajnie kłamiąc, że jest czysty? A co, jeśli ktoś niepostrzeżenie podał Igle jakiś doping i stąd ten niespodziewany wystrzał formy? Chłopak zaczynał panikować. Jeszcze chwila, a wybiegnie z namiotu, popędzi przed siebie i gdzieś się ukryje. Może w Tatrach? Nie, za wielu turystów. Słyszał, że najdziksze tereny są w Bieszczadach….
– Panie Igielski, długo jeszcze? – gonitwę myśli przerwał jeden z kontrolerów.
– Już, już, jeszcze chwileczkę – mruknął.

Komisarz Szafirski wkracza do akcji

Komisarz Adam Szafirski siedział w swoim gabinecie, wpatrując się w spokojny nurt Sanu. Jak na tę porę roku rzeka miała wyjątkowo niski stan. Na środku koryta dostrzec można było liczne piaszczyste łachy. Widok rzadko spotykany i przez to niepokojący. Kontemplację nad płynącą wodą zakłócił mu odgłos gwałtownie otwieranych drzwi. Naczelnik wydziału dochodzeniowego Policji w Sanoku miał ten nieprzyjemny zwyczaj, że nigdy nie pukał przed wejściem do pomieszczenia. Teren komendy, a przynajmniej skrzydło, w którym znajdował się jego wydział, traktował jak swoją prywatną własność.

– Adam, jest robota – odezwał się bez zbędnych konwenansów.
Szafirski spojrzał na niego, ale nic nie powiedział.
– Zaginął człowiek. Uczestnik zawodów kolarskich. Mamy jego rower, ale jego samego nie – lakonicznie opisał sytuację naczelnik, po czym rzucił teczkę na biurko Szafirskiego. – Aha, i jakbyś z łaski swojej mógł się tym zająć od razu, zanim zlezą się ci z wojewódzkiej – dodał na odchodne.
– Tak jest – odparł Szafirski, lekceważąc grubiański ton szefa. Przez kilka lat spędzonych na komendzie zdążył już do takiego sposobu wypowiadania przywyknąć i traktował go jako stały element tutejszego folkloru. Zresztą jego umysł był już w tym momencie gdzie indziej.

„Nareszcie jakaś robota, bo ile można kwitnąć za biurkiem” – pomyślał i natychmiast poleciał zebrać ekipę.

***

Chcesz dowiedzieć się, co stało się z kolarzem na bieszczadzkiej trasie?

Śledztwo komisarza Szafirskiego dopiero się rozpoczyna, a peleton skrywa więcej tajemnic, niż mogłoby się wydawać. Sięgnij po pełną wersję książki "Niebieska obsesja" i rozwiąż mroczną zagadkę Bałtyk-Bieszczady Tour!

Poprzedni post Następny post