Przejdź do treści
Wysyłka w 24h
Darmowa wysyłka paczkomatem InPost od 199 zł
Ponad 100 książek dostępnych od ręki

Blog – książki, trening i historia kolarstwa

Pierwszy cyborg w historii kolarstwa. Dlaczego Eddy Merckx był "półczłowiekiem"?

Gdy myślimy o Fausto Coppim, widzimy elegancję i kruchość. Gdy myślimy o Eddym Merckxie, widzimy czystą, brutalną siłę. Widzimy "Kanibala", który pożerał rywali na śniadanie, nie zostawiając nawet okruchów. Ale czy człowiek zdolny do tak nieludzkiej dominacji był... w pełni człowiekiem? Tytuł jego biografii, "Półczłowiek, półrower", to nie jest tylko chwytliwe hasło. To najdokładniejsza diagnoza medyczna w historii sportu. Jeśli historia Coppiego była dramatem o relacji mistrz-uczeń, to historia Merckxa jest thrillerem science-fiction, który wydarzył się naprawdę. To opowieść o pierwszym w historii kolarstwa cyborgu. O chwili, w której granica między tkanką mięśniową a stalową ramą roweru przestała istnieć. Terminator z Belgii W przeciwieństwie do Coppiego, Merckx nie potrzebował niewidomego guru, który szeptem zapewniałby go o jego wielkości. Eddy nie miał zewnętrznego cienia – on sam rzucał cień tak wielki, że przykrywał cały peleton lat 70. Jego napęd znajdował się w jego wnętrzu. Był to nienasycony, niemal patologiczny głód zwyciężania. Nie wystarczyło wygrać Tour de France. Trzeba było wygrać klasyfikację generalną, górską, punktową i przy okazji zgarnąć każdy etap, który był w zasięgu. Współcześni mu kolarze opisywali go jako zjawisko przyrodnicze, siłę, której nie da się zatrzymać. Patrzyli na niego nie z podziwem, ale z lękiem. Jak walczyć z kimś, kto nie odczuwa bólu tak jak inni i kto nigdy nie ma dość? Obsesja milimetrów Jednym z najbardziej fascynujących wątków w książce "Półczłowiek, półrower" jest opis relacji Merckxa z jego maszyną. To nie była tylko miłość do sprzętu. To była neurotyczna obsesja na punkcie idealnej symbiozy. Legendarne stały się historie o tym, jak Eddy potrafił zatrzymać się w trakcie wyścigu – albo, co gorsza, w trakcie kluczowej ucieczki – by wyciągnąć klucz imbusowy i podnieść siodełko o milimetr. Potem jechał dalej, by za dziesięć kilometrów obniżyć je o pół milimetra. Mechanicy kadry belgijskiej dostawali białej gorączki. Ale dla Merckxa to nie była fanaberia. On po prostu dostrajał swoje ciało-maszynę. Jeśli nie czuł się "jednością" z rowerem, nie mógł funkcjonować na swoich boskich obrotach. Ciężar bycia kolarskim Bogiem Biografia Belga nie ucieka też od drugiej strony medalu. Jaką cenę płaci psychika człowieka, od którego świat oczekuje wyłącznie zwycięstw? Bycie "Kanibalem" to potworna presja. Dla Merckxa drugie miejsce nie było porażką – było katastrofą, końcem świata. Książka pokazuje go w momentach rzadkiej słabości, kiedy maszyna się zacinała. Kiedy po feralnym uderzeniu przez kibica na Puy de Dôme coś w nim pękło. To fascynujące studium psychiki kogoś, kto wszedł na szczyt wyższy niż jakikolwiek inny sportowiec i musiał tam trwać, samotny w swojej doskonałości. Dlaczego musisz przeczytać tę książkę? Jeśli biografia Coppiego to romantyczna opera, to historia Merckxa jest mocnym, rockowym koncertem. To lektura obowiązkowa, by zrozumieć, czym jest absolutna dominacja w sporcie. To nie jest opowieść o watach na kilogram, ale o mentalności, która pozwala przekraczać granice ludzkiej wytrzymałości. "Półczłowiek, półrower" zabierze Cię w podróż do umysłu geniusza i potwora w jednej osobie. Zrozumiesz, dlaczego do dziś, gdy ktoś wygrywa zbyt często, mówimy, że "jeździ jak Merckx". Chcesz zajrzeć w umysł "Kanibala"? Niesamowitych anegdot o obsesjach Merckxa, jego rywalizacji z Ocañą i kulisach największych tourów jest znacznie więcej. Poznaj historię kolarza wszech czasów. ZAMÓW KSIĄŻKĘ: PÓŁCZŁOWIEK, PÓŁROWER →

Więcej

Waty czy ciastka? Dlaczego "Coffee Ride" to najważniejsza jednostka treningowa, jakiej nie robisz.

Spójrz na swój licznik. Co tam masz? Waty, tętno, kadencję, średnią prędkość, nachylenie, strefę mocy... A teraz spójrz dookoła. Widzisz te pola? Czujesz zapach lasu? Czy tylko pilnujesz, żeby cyferki się zgadzały? Kolarstwo amatorskie wpadło w pułapkę. Dzięki technologii wszyscy staliśmy się własnymi trenerami. Wyjeżdżamy na niedzielną przejażdżkę, ale w głowie mamy wyścig World Touru. Mamy wyrzuty sumienia, gdy stajemy na kawę, bo "średnia spadnie". Jemy chemiczne żele, bo "szybciej się wchłaniają", zamiast normalnego jedzenia. A gdyby tak... przestać? Gdyby uznać, że rower nie służy do generowania watów, ale do generowania szczęścia? Buntownik z wyboru (i z apetytem) W świecie zdominowanym przez kult cierpienia (ang. sufferfest), potrzebujemy nowego bohatera. A właściwie bohaterki. Felicity Cloake, brytyjska dziennikarka kulinarna, zrobiła to, o czym wielu z nas marzy po cichu. Wsiadła na rower i ruszyła w trasę dookoła Francji. Przejechała 2300 kilometrów – dystans godny Wielkiej Pętli. Ale jej celem nie była Żółta Koszulka Lidera. Jej celem było znalezienie idealnego croissanta. "Jeździć na rowerze po Francji i nie jeść, to jak iść do Luwru w opasce na oczach. To grzech przeciwko kulturze." Dlaczego potrzebujesz tej książki? Książka "Jeszcze jeden croissant na drogę" (tyt. oryg. One More Croissant for the Road), której polskie wydanie właśnie zapowiadamy, to antyteza podręczników treningowych. Nie znajdziesz tu planów na podniesienie FTP. Znajdziesz za to: Pochwałę powolności: Felicity udowadnia, że z perspektywy siodełka widać więcej niż z okna samochodu – pod warunkiem, że nie jedziesz "w trupa". Walkę z grawitacją: To nie jest książka o superbohaterce. To opowieść o kimś, kto poci się na podjazdach, przeklina wiatr w twarz i marzy o końcu etapu. Brzmi znajomo? Smak: Każdy z 21 etapów to polowanie na lokalny specjał. Od Tarte Tatin, przez Cassoulet, aż po sery, których nazw nie potrafimy wymówić. Coffee Ride to nie zbrodnia Ta książka uczy nas, amatorów, jednej ważnej rzeczy: nagroda należy się nie tylko za wynik, ale za sam wysiłek. Zatrzymanie się w połowie trasy na kawę i ciastko to nie jest "strata czasu treningowego". To jest sens jazdy na rowerze. To moment, w którym ładujesz baterie – nie te w nogach, ale te w głowie. Jeśli czujesz, że Twoje kolarstwo stało się drugą pracą. Jeśli stresujesz się, gdy nie zrobisz treningu. Jeśli zapomniałeś, jaką frajdę daje wiatr we włosach – ta książka jest dla Ciebie terapią. 🥐 Zapisz się na listę oczekujących! Premiera książki "Jeszcze jeden croissant na drogę" zaplanowana jest na 12 kwietnia 2026 roku. To będzie idealna lektura na regenerację. 👉 ZOBACZ ZAPOWIEDŹ

Więcej

Mit bazy tlenowej. Jak trenować kolarstwo mając 6h tygodniowo?

W świecie kolarstwa panuje stara, nienaruszalna zasada: "Żeby jeździć szybko, musisz najpierw jeździć wolno". Trenerzy od lat powtarzają: zimą buduj bazę. Długie, spokojne rozjazdy w strefie 2. Przez 3, 4, a nawet 5 godzin. Brzmi pięknie, prawda? Jest tylko jeden problem. To metoda dla zawodowców, którzy nie chodzą do pracy. Jeśli jesteś amatorem, który ma pracę na pełen etat, rodzinę i kredyt, tradycyjne "budowanie bazy" jest dla Ciebie nie tylko nieskuteczne. Jest szkodliwe. Nazywamy to syndromem "Pustych Kilometrów". Pułapka Czasu (Time-Crunched Paradox) Fizjologia jest brutalna. Aby organizm zaadaptował się do wysiłku (i podniósł Twój próg FTP), potrzebuje bodźca. Bodziec to iloczyn objętości i intensywności. Oto jak wygląda to na przykładzie dwóch kolarzy: Zawodowiec - w miesiącach zimowych ma niską intensywność, ale ogromną objętość (25h tygodniowo). To daje potężny bodziec. Amator (czyli Ty) - zimą masz niską objętość (np. 6h tygodniowo). Jeśli dołożysz do tego niską intensywność ("robienie bazy"), Twój bodziec staje się bliski zeru, co zamiast na postęp, przekłada się na regresję. Jeżdżąc powoli przez 6 godzin w tygodniu, nie budujesz formy. Po prostu... jeździsz powoli. Tracisz czas, który mógłbyś spędzić z rodziną, a wiosną i tak zostajesz z tyłu na pierwszej większej górce. Rozwiązanie? Odwróć piramidę Amerykański trener Chris Carmichael (człowiek, który trenował Lance'a Armstronga i kadrę olimpijską), zauważył ten problem już dekadę temu. Zgłaszali się do niego byli zawodnicy, którzy podjęli pracę w korporacjach. Mieli tylko 6-8 godzin tygodniowo. Carmichael opracował dla nich metodę TDZ (trening dla zapracowanych; ang. Time-Crunched Training). Zasada jest prosta: Skoro nie mamy czasu na objętość, musimy drastycznie podnieść intensywność. "Zapomnij o długich wyjeżdżeniach w tlenie. Jeśli masz godzinę, musisz wycisnąć z niej maksa. Interwały, intensywność progowa, VO2Max. To boli bardziej, ale działa cztery razy szybciej." Czy to bezpieczne? Wielu kolarzy boi się, że "zajadą się" taką intensywnością. Książka Carmichaela wyjaśnia, jak robić to mądrze. Kluczem jest regeneracja i periodyzacja. Program "dla zapracowanych" nie trwa cały rok – jest ułożony w krótkie bloki, skrojone pod konkretne wyścigi lub ustawki. Efekt? Kolarze trenujący 6 godzin na tydzień wg metody Carmichaela często generują wyższe waty (W/kg) niż ich koledzy "tłukący kilometry" przez 12 godzin tygodniowo. To tryumf nauki nad tradycją. Gotowy plan działania? Nie musisz układać treningów sam. W książce znajdziesz gotowe rozpiski "krok po kroku" na kilka, góra kilkanaście tygodni – dla szosowców, górali (MTB) i tych, którzy szykują się do ultramaratonów. Przestań marnować czas na treningu Zamiast zgadywać, zacznij trenować mądrze. Ta książka to "biblia" dla każdego, kto ma więcej obowiązków niż wolnego czasu. DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ →

Więcej

Niewidomy prorok i jego mistrz. Niezwykła historia człowieka, który "stworzył" Fausto Coppiego

Gdy myślimy o Fausto Coppim – największym "Campionissimo" w historii kolarstwa – widzimy szczupłą, elegancką sylwetkę na błękitnym rowerze Bianchi. Widzimy tłumy wiwatujących Włochów i słynne zdjęcie z bidonem podawanym Bartalemu. Ale za każdym wielkim mistrzem stoi cień. W przypadku Coppiego ten cień był dosłowny. Nazywał się Biagio Cavanna i był niewidomy. Jeśli wychowaliście się na filmie Karate Kid, relacja Coppi-Cavanna wyda wam się dziwnie znajoma. Mamy tu surowego mistrza z tajemną wiedzą i młodego, nieoszlifowanego adepta. Tyle że ta historia wydarzyła się naprawdę, w kurzu włoskich szos lat 40., a stawką nie był puchar turnieju karate, ale przejście do historii. Miyagi z Piemontu Biagio Cavanna nie był typowym trenerem. Był byłym bokserem i kolarzem torowym, postacią mroczną i fascynującą. Wzrok stracił w wyniku nieleczonej choroby wenerycznej, co w katolickich Włoszech tamtych czasów było tematem tabu, ale dodawało mu aury człowieka, który "widział i przeżył zbyt wiele". Nie mogąc patrzeć na świat oczami, nauczył się go "czuć" dłońmi. Został masażystą. Ale nazwanie Cavanny masażystą, to jak nazwanie Michała Anioła malarzem pokojowym. W swojej szkole w Novi Ligure w południowych Włoszech stworzył coś na kształt kolarskiego klasztoru. To on wyłowił z tłumu drobnego, chorowitego chłopaka o dziwnej budowie ciała – nienaturalnie wielkiej klatce piersiowej i chudych jak patyki nogach. Inni eksperci skreślali Fausto, twierdząc, że jest zbyt kruchy. Cavanna "zobaczył" w nim silnik Ferrari ukryty w karoserii Fiata. Oczy w dłoniach i wątroba mistrza Najbardziej fascynującym wątkiem w biografii Coppiego są niemal mistyczne rytuały, jakie odbywały się w gabinecie Cavanny. Niewidomy "Czarodziej" (jak go szeptem nazywano w peletonie) nie potrzebował badań wydolnościowych, pomiaru mleczanu ani watomierzy. Jego narzędziem diagnostycznym był dotyk. Świadkowie tamtych czasów opisywali sceny, w których Cavanna ugniatał mięśnie Fausto po morderczym etapie Giro d'Italia. Przesuwał palcami po udach, sprawdzał napięcie skóry i – co było jego obsesją – stan wątroby. W dawnym kolarstwie wierzono, że to wątroba jest "piecem" kolarza. Po kilku minutach ciszy Cavanna wydawał wyrok: "Jutro zaatakujesz na Pordoi. Twoja wątroba pracuje idealnie, mięsień jest luźny. Wygrasz z przewagą trzech minut." Coppi, mimo że na szosie był terminatorem, prywatnie był człowiekiem kruchym psychicznie, pełnym wątpliwości i lęków. Potrzebował przewodnika. Jeśli Cavanna mówił, że jest forma – Fausto wierzył w to bezgranicznie i wygrywał. To była symbioza totalna. "La Bomba" i mroczna strona legendy Książka "Fausto Coppi - Upadły anioł kolarstwa" nie ucieka od tematów trudnych. Relacja z Cavanną miała też swoje mroczne dno. To były czasy, w których doping nie był ścigany tak jak dziś – był raczej "publiczną tajemnicą". Cavanna był alchemikiem peletonu. To on komponował słynną La Bombę – miksturę, która miała pomagać kolarzom przetrwać nieludzki wysiłek etapów liczących po 300 kilometrów. Coppi w słynnym wywiadzie zapytany o to, czy bierze La Bombę, odpowiedział: "Tylko wtedy, kiedy jest to konieczne". A zapytany, jak często jest to konieczne, odparł z rozbrajającą szczerością: "Prawie zawsze". Kobieta, która zniszczyła układ Każda dobra historia potrzebuje punktu zwrotnego. W tym dramacie była nim "Biała Dama" – Giulia Occhini. Wielka, zakazana miłość Coppiego. Gdy Fausto zakochał się w zamężnej kobiecie, Cavanna wpadł w szał. Stary mistrz wyznawał zasadę mnicha: kolarz musi cierpieć, a kobiety "zmiękczają nogi". Dlaczego musisz przeczytać tę książkę? Historia Coppiego i Cavanny to dowód na to, że kolarstwo to coś więcej niż waty i karbon. To sport herosów, dramatów i wielkich namiętności. Aby zrozumieć dzisiejszy peleton, trzeba poznać jego fundamenty. Biografia Fausto Coppiego to nie jest suchy zapis wyników. To epicka powieść faktu, która zabierze Cię w podróż do czasów, gdy kolarze byli bogami, a ich masażyści – prorokami. Chcesz poznać więcej takich historii? Smaczków o Cavannie, Bartalim i Białej Damie jest znacznie więcej. Zamów książkę i przenieś się do złotej ery kolarstwa. ZAMÓW KSIĄŻKĘ: UPADŁY ANIOŁ KOLARSTWA →

Więcej