Przejdź do treści
Wysyłka w 24h
Darmowa wysyłka paczkomatem InPost od 199 zł
Ponad 100 książek dostępnych od ręki

Jak (nie) zacząć wyprawy rowerowej? Czytaj fragment książki!

Okładka książki Jeszcze jeden croissant na drogę

Początki wielkich wypraw rzadko wyglądają tak, jak na starannie wyreżyserowanych zdjęciach w mediach społecznościowych. Częściej to zarwana noc, pakowanie w panice i walka o zachowanie resztek godności przed przekroczeniem granicy. Zapraszamy do lektury pełnego humoru i dystansu do siebie darmowego fragmentu książki "Jeszcze jeden croissant na drogę". Zobacz, jak wyglądały kulisy wielkiego startu autorki na wyprawę rowerową, zanim w ogóle zdążyła opuścić Anglię.

***

Zarwana noc i ostatnia herbata

Jest 3:00 nad ranem, a wszystko idzie nie tak, jak powinno. Zamiast spokojnie spać, co planowałam zrobić po wypiciu kilku (naprawdę tylko kilku) pożegnalnych drinków ze znajomymi, siedzę przygnębiona na stercie nowej lycry. W lodówce stoi nietknięty szampan, a kosz na śmieci pęka w szwach. Zmagam się ze zmęczeniem i zastanawiam, czy nie sięgnąć po tę buteleczkę Echo Falls i nie machnąć na wszystko ręką. Dawna przyjaciółka, która zaoferowała się wpaść po drodze z imprezy, „jeśli jeszcze nie śpię!”, ledwo przekroczyła próg, spojrzała z przerażeniem na panujący bałagan i odmówiła zostania na pogawędkę – „wyglądasz na dość zajętą”.

Sama nie wiem, jak to robię, ale znajduję nawet chwilę na wrzucenie na Instagram wesołego zdjęcia prawie pustej lodówki z jedynie kilkoma kiszonkami w środku. („Oby ci te słoiki nie wybuchły” – komentuje ktoś, gdy jest już stanowczo za późno na jakiekolwiek pomocne uwagi). Wysyłam też przyjaciołom szalone selfie w mojej absurdalnej nowej czapce w sardynki. Jakimś cudem udaje mi się złapać parę godzin snu, zanim wstanę, by po raz kolejny sprawdzić, czy mam wszystkie niezbędne rzeczy – nóż do salami i różowy lakier do paznokci. Na koniec czeka mnie jeszcze ostatnia, ogromna filiżanka herbaty.

To szczególna chwila. Każdy poranek rozpoczynam od kubka English Breakfast o barwie wilgotnego – ale nie mokrego, a tym bardziej nie przemoczonego – piasku. Zaparzam ją wrzątkiem ze świeżym mlekiem, co wyklucza jakiekolwiek napoje z wagonika z przekąskami, nie wspominając już o kolorowych naparach, które Francuzi nazywają thé. To moja ostatnia porządna herbata aż do lipca i muszę przyznać, że to dość wzruszający moment. Chociaż prawdę mówiąc, może to też być efekt narastającego wyczerpania.

Kraksa z autobusem i ucieczka z Londynu

Mijam czekającego cierpliwie w przedpokoju Eddy’ego i wychodzę na spotkanie z przyjaciółką i jej dzieckiem, którzy przyszli się pożegnać. Słuchając makabrycznych szczegółów z porodu, odczuwam ulgę, że przez kilka minut mogę skupić się na czyimś cierpieniu zamiast na własnym. Początkowo planowałam zjeść tradycyjne pełne angielskie śniadanie, ale ostatecznie, myśląc o czekających mnie wyzwaniach, tchórzę. Decyduję się na awokado na grzance, popijane kombuczą o dzikim posmaku – ostatni powiew Islington.

W domu, podczas gdy Hen przewija Gabriela na podłodze w salonie (bycie niemowlęciem wydaje się równie zaszczytne co bycie kolarką długodystansową), przebieram się ze stroju odpowiedniego na śniadanie ze znajomymi w ubiór niezbędny do przejechania Wielkiego Touru – a właściwie 4,73 kilometra do stacji Waterloo. Trzeba przyznać, że żadne z nich nie śmieje się na mój widok.

Hen chętnie robi mi kilka zdjęć przed domem, gdzie stoję dumnie z moim nieporęcznym rumakiem, podczas gdy przechodnie przyglądają mi się z zaciekawieniem. Próbuje znaleźć odpowiednie ujęcie, pasujące do dziennikarki kulinarnej odzianej od stóp do głów w lycrę. W końcu nie mogę już dłużej zwlekać – nadszedł czas wyruszenia w drogę. Niepewnie wyprowadzam Eddy’ego za bramę i zjeżdżam z krawężnika. Udaje mi się pomachać i uśmiechnąć do aparatu, po czym wjeżdżam prosto w tył stojącego autobusu piętrowego. Na szczęście przy minimalnej prędkości, więc jedyne, co naruszam, to resztki własnej godności.

Po odklejeniu się od reklamy ewangelicznego koncertu w Leytonstone, już po dwóch obrotach pedałów odkrywam, że moje błyszczące żółte sakwy są nieprawidłowo zamocowane. Jak wspominałam, nie miałam zbyt wiele czasu na przygotowania. Byłam zajęta pytaniem psa 63 razy, czy będzie za mną tęsknił i spędzaniem 13 minut na bezmyślnym wpatrywaniu się w środku nocy w skarpetki. Porządkuję bagaż i wreszcie wyprzedzam Hen z wózkiem, a potem pędzę przez miasto. Znajoma trasa nabiera teraz nowego znaczenia. Ogarnia mnie obsesyjna myśl, że zaliczę jakiś wypadek, zanim nawet opuszczę Londyn (nie jest to wcale takie nieprawdopodobne w tym stroju; co najmniej dwa vany próbują zakończyć mój żywot na Farringdon Road). Z pewną ulgą w końcu docieram do stacji, wypinam stopy i stukając butami, przedzieram się przez tłum, by odebrać bilety na pociąg.

Tutaj pojawia się kolejne wyzwanie. Nie miałam wcześniej ani okazji, ani ochoty, by przetestować jazdę na w pełni obciążonym Eddym. Znacząco nierówny rozkład ciężaru skazuje mnie na spędzenie następnych pięciu tygodni na walce z jego niepohamowaną chęcią przewracania się przy każdej nadarzającej się sposobności. Stacja Waterloo w piątkowe popołudnie okazuje się najgorszym możliwym miejscem na rozpoczęcie tej szczególnej batalii.

Brak organizacji i spotkanie z celnikiem

Gdy bilety zostają bezpiecznie schowane w tylnej kieszeni, spotykam Matta, przyjaciela z uniwersytetu i weterana pamiętnej pierwszej wyprawy do Brukseli. Ostatnio pracował tak intensywnie, wykonując jakieś tajemnicze zadania dla służby cywilnej, że rzadko miał okazję, by w ogóle dosiąść roweru. Choć mam w telefonie jego wiadomość o uczestnictwie w zajęciach spinningu, które „prawie go zabiły”. W tych okolicznościach doceniam jego gest towarzyszenia mi w wielkim starcie, Grande Départ. Pokrzepiający jest też widok kogoś, kto wydaje się bardziej zdenerwowany ode mnie. Od razu poprawia mi się humor.

Oboje snuliśmy plany przygotowania porządnego brytyjskiego pikniku na podróż pociągiem, ale najwyraźniej nic z tego nie wyszło z powodu obopólnego braku organizacji. Gdy rowery stoją już przy nieuchronnie cuchnącej toalecie, a my zajmujemy miejsca w bezpiecznej odległości, pozostaje nam tylko tęskna rozmowa o jajkach po szkocku z Fortnum’s i o sztuce przyrządzania idealnej kanapki z serem i piklami (dojrzały cheddar, krojony, nie tarty, pikle marki Branston, bez sałaty). Kiedy wyczerpuję temat sosu chutney, Matt dopytuje o moje plany. Ja równie usilnie staram się odwrócić uwagę od rażącego ich braku, więc podróż zamienia się w uprzejme starcie charakterów, przerywane jedynie pierwszym widokiem morza.

Przeciskamy się przez tłumy świątecznych turystów w Portsmouth Harbour i ostrożnie wsiadamy na rowery, by pokonać ostatni odcinek na ojczystej ziemi. Pedałujemy obok przygnębiającego centrum handlowego Victory, przemierzając klasyczną brytyjską ścieżkę rowerową, która urywa się znienacka na środku skrzyżowania. Będę za nimi tęsknić – myślę z nostalgią, gdy stara Toyota Yaris skręca przede mną bez włączonego kierunkowskazu.

Szybko biorę rewanż, gdy wyprzedzamy ją przy terminalu promowym i wjeżdżamy prosto między zwyczajowe szeregi stojących samochodów. Ich pasażerowie siedzą na asfalcie na składanych krzesełkach, obserwując każdego nowo przybyłego niczym paparazzi na najmarniejszej premierze filmowej świata. Zwracamy szczególną uwagę. Chciałabym wierzyć, że to ze względu na nasz efektowny wygląd, ale równie dobrze mogą się gapić na mój strój z lycry (Matt tymczasem ma na sobie normalne ubranie).

Po przekroczeniu bramek biletowych z entuzjazmem, z jakim zwykle witani są rowerzyści w kolejce samochodów, moje serce zamiera na widok punktu kontroli celnej. Nigdy nie udało mi się przejechać przez nią rowerem i nie zostać zatrzymaną do sprawdzenia. Podejrzewam, że nie tyle z powodu mojego podejrzanego zachowania, co raczej dlatego, że znacznie prościej i szybciej jest przeszukać rower niż wielkiego SUV-a z owczarkiem niemieckim na tylnym siedzeniu. Gdy nieuchronne skinienie palca przywołuje nas do kontroli, przypominam sobie o moim niezawodnym nożyku do salami ukrytym gdzieś w sakwach. Choć to skromne ostrze, podobne do tych sprzedawanych w witrynach francuskich kiosków (często wraz z dziecięcymi wersjami oznaczonymi jako „mój pierwszy nóż”), mam nieprzyjemne przeczucie, że funkcjonariusze nie docenią, jak bardzo jest niezbędny do urządzenia porządnego pikniku.

Nożyk, który wygląda jak kordelas

„U pana sprawdzę prawą sakwę, a u pani lewą” – oznajmia celnik, gdy wreszcie udaje nam się oprzeć nieporęczne rowery o prowizoryczną barierę. W głowie gorączkowo przewijam myśli, próbując sobie przypomnieć, gdzie schowałam ten nieszczęsny przedmiot. Obie sakwy wyglądają identycznie, jednak kiedy kładę lewą na taśmę do skanowania, słyszę charakterystyczny brzęk szpilek namiotowych. Los sprawił, że to właśnie w niej znajduje się mój ukochany nożyk Opinel. Starając się zachować spokój, choć z przeczuciem nadchodzącej porażki, posłusznie wyjmuję do kontroli torbę z prowiantem zawierającą pastę Marmite, sos Tabasco i rzeczony nóż.

W niecałe 10 sekund na twarzy funkcjonariusza znudzenie ustępuje miejsca oburzeniu. Nawet moje spokojne – przynajmniej takie mi się wydaje – wyjaśnienie, że to zwykły nóż do steków, nie robi na nim wrażenia. „To na pewno nie jest nóż do mięsa” – stwierdza kategorycznie, wpatrując się w niewielkie ostrze, jakby szukał na nim śladów zbrodni. Zanim odpowiem z przekąsem, że w takim razie musi być całkiem bezpieczny, z pomocą przychodzi mi Matt – człowiek o żelaznych nerwach. Delikatnie wskazuje na nazwę alpejskiej restauracji wyrytą na drewnianej rękojeści. Strażnik, być może zdeklarowany wegetarianin, pozostaje niewzruszony (postanawiam przemilczeć fakt, że restauracja widnieje w przewodniku Michelin).

W momencie, gdy moja dolna warga zaczyna niebezpiecznie drżeć, celnik woła przełożonego: „Ej, szefie, podejdź na moment”.
Kierownik jednym spojrzeniem ocenia sytuację. „Proszę spojrzeć za siebie” – zwraca się do mnie. „Co tam widać?”
Po odwróceniu się dostrzegam pleksiglasową gablotę wypełnioną do połowy złowrogo wyglądającymi nożami sprężynowymi i czymś na kształt wielkiego kordelasa. „Broń biała?” – sugeruję niepewnie.

„ONE SĄ DOKŁADNIE TAKIE SAME” – oznajmia stanowczo. (Choć to nieprawda).

***

Chcesz poznać dalsze losy wyprawy i przepisy na francuskie specjały?

To zaledwie początek podróży pełnej kulinarnych odkryć, rowerowych zmagań i zabawnych perypetii. Sięgnij po pełną wersję książki, by dowiedzieć się, jak zakończyło się to spotkanie z celnikami i jakie smaki Francji czekały na trasie.

Wolisz czytać w formacie PDF? Kliknij tutaj, aby pobrać darmowy fragment.

Poprzedni post Następny post