
Paweł Pieczka to jedna z najpopularniejszych postaci w świecie ultra. Spokojny, uśmiechnięty, chętnie dzielący się swoją wiedzą, a zarazem... piekielnie mocny. Na liście jego sukcesów znajdują się nie tylko wygrane w zawodach z cyklu ULTRACUP, ale także wiele innych długodystansowych imprez w Polsce, w tym MRDP, Race Through Poland oraz Północ-Południe. W ostatnim czasie Ślązak z Godowa zaczął coraz śmielej radzić sobie na arenie międzynarodowej. Zapraszamy do lektury fragmentu książki "Bałtyk-Bieszczady Tour. Jak przejechać rowerem 1008 km non stop".
***
Rafał Janik: Latem poprzedniego roku z zainteresowaniem śledziłem Twoją „kropkę” jadącą w wyścigu Transiberica. Ukończyłeś zawody na trzecim miejscu, a z Twoich relacji w internecie wynika, że „było ciężko”. Czy mógłbyś jednak powiedzieć coś więcej na temat tej imprezy?
Paweł Pieczka: Transiberica to bardzo ciekawe zawody, zaliczane do kategorii unsupported. Tego typu wyścigi wymagają pełnej samodzielności uczestników. Innymi słowy, kolarz musi samodzielnie zorganizować wszystko „od A do Z”. Organizator wyznacza punkty kontrolne oraz segmenty, którymi musimy przejechać (najczęściej są to strome podjazdy), ale to my sami musimy zaprojektować trasę pomiędzy nimi. O takie rzeczy jak noclegi, picie, jedzenie czy naprawa roweru musimy także zatroszczyć się samodzielnie. Nikt z zewnątrz nie może nam w tym pomóc. Czy był to najcięższy ultramaraton, w jakim kiedykolwiek startowałeś? Trudno mi to jednoznacznie stwierdzić, ale z pewnością była to jedna z najtrudniejszych imprez (powiedzmy, że to moje osobiste „TOP 3”). Na początku walczyliśmy z ogromnymi upałami na południu, potem z silnym wiatrem w części centralnej, a na północy przywitało nas ochłodzenie oraz deszcz. Sam kraj, jego kultura czy język nie były dla mnie problemem, gdyż kiedyś spędziłem rok w Portugalii, co pozwoliło mi poznać realia Półwyspu Iberyjskiego. Aczkolwiek ściganie się w innym kraju to zupełnie inna para kaloszy niż nasze krajowe wyścigi.
Rafał Janik: Teraz pytanie, od którego na dobrą sprawę powinienem zacząć naszą rozmowę – skąd u Ciebie wzięło się zainteresowanie ultramaratonami? Czy nie ciągnęło Cię do innych odmian kolarstwa?
Paweł Pieczka: Na to pytanie odpowiedzieć jest mi bardzo łatwo (śmiech). Jestem typem zawodnika, który nigdy nie jeździł dla konkretnego klubu, nie trenował intensywnie w wieku juniorskim ani nie marzył o karierze zawodowca. Zawsze bardziej ciągnęło mnie w kierunku podróżowania i odkrywania świata. Chętnie urodziłbym się w czasach Marco Polo czy Ferdynanda Magellana i razem z nimi ruszył w nieznane. Ale cóż, urodziłem się trochę później. Postanowiłem jednak ruszyć w nieznane (z tego powodu mój profil na Facebooku „Ultra Rajza” pierwotnie nazywał się „Rajzy w nieznane”). Najpierw wyruszyłem samotnie w Alpy. Następnie przyszedł czas na Skandynawię, trasę z Portugalii do Polski, Bałkany, aż w 2018 roku zacząłem eksplorować wschód. Wyruszyłem rowerem z rodzinnego Godowa i przez Ukrainę, Rosję oraz Kazachstan dotarłem do Irkucka. Następnie autostopem doturlałem się do Władywostoku. Będąc już tak daleko, nie mogłem zmarnować okazji i zwiedziłem Japonię oraz Koreę Południową. Następnie koleją transsyberyjską wróciłem na Boże Narodzenie do Polski. Ponad pięć miesięcy w podróży – to była moja najdłuższa wyprawa.
Rok później zrealizowałem kolejne marzenie i wybrałem się na Pamir Highway. Przez dwa miesiące przejechałem ciekawą „pętelkę” przez Kazachstan, Chiny, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan. Polecam każdemu, kto jeździ na dwóch kółkach! Po tej wyprawie zdałem końcowe egzaminy na studiach i wpadłem w wir codzienności. Trzymiesięczne wakacje akademickie zamieniły się w niespełna miesiąc urlopu. W związku z tym bardziej ukierunkowałem się na starty w ultramaratonach. Swoją drogą, nie było to dla mnie coś zupełnie nowego, gdyż już w 2014 roku zaliczyłem swój debiutancki start na 600 kilometrów. Wkrótce po tym poznałem trenera Tomka Kubala, z którym rozpocząłem przygotowania do sezonu 2020.
Przejście od długich wypraw do kolarstwa długodystansowego odbyło się zupełnie naturalnie. Podróżując rowerem, odkrywałem nowe miejsca. W ultramaratonach jest podobnie, z tą różnicą, że wprowadza się wątek sportowy, który zachęca do szybszej jazdy i pracy nad sobą. Doświadczenie z podróży bardzo pomaga mi w imprezach samowystarczalnych, gdzie nawigacja i samoorganizacja są kluczowe. Na razie startuję w zawodach, ale bardzo prawdopodobne, że za kilka lat znów wpadnę na jakiś ciekawy pomysł i ruszę w nieznane :-)
Rafał Janik: Jak wygląda Twoja typowa treningowa rutyna?
Paweł Pieczka: Przede wszystkim staram się, aby to nie była rutyna. Oczywiście, mam plan treningowy, ale lubię go urozmaicać. Sezon przygotowawczy z reguły zaczynam w listopadzie, po miesięcznym okresie roztrenowania. Jesienią trenuję na siłowni, biegam, chodzę na basen. Z czasem zaczynam także ćwiczenia na trenażerze. Lubię to urządzenie, ale nie praktykuję kręcenia w miejscu przez dłużej niż dwie godziny – po prostu nie widzę takiej potrzeby. Oprócz tego wplatam w plan wędrówki piesze po górach, wypady na narty zjazdowe, a w ostatnim czasie moje nowe odkrycie – skitury. Na rower wracam w terenie, w zależności od pogody, w końcówce lutego lub w marcu. Wtedy też zaczynam dłuższe treningi w weekendy, aby dobrze przygotować się do pierwszych startów, które zazwyczaj mają miejsce w połowie kwietnia.
Swój kalendarz dzielę na imprezy główne oraz kontrolne. Poza wyścigami na dystansach powyżej 500 km biorę udział także w krótszych zawodach na 150-200 km. W trakcie sezonu wykonuję oczywiście specjalistyczne jednostki treningowe, ale większą wagę przykładam do regeneracji przed kolejnymi startami. Uważam, że kluczowe znaczenie dla formy ma dobrze przepracowany okres zimowy. Jeśli go prześpimy, latem nie będziemy w stanie zbudować odpowiedniej dyspozycji.
Rafał Janik: Wywiad z Tobą zostanie opublikowany w książce poświęconej Bałtyk-Bieszczady Tour. Nie mogę więc nie zapytać, co myślisz o tej imprezie? Czy zgadzasz się z komandorem wyścigu Robertem Janikiem, że to najłatwiejszy polski „tysięcznik”?
Paweł Pieczka: Bałtyk-Bieszczady Tour to bez dwóch zdań wyścig kultowy. Jest to jedno z tych wydarzeń, które większość „ultrasów” chciałaby mieć w swoim sportowym CV. Czy jest najłatwiejszy? Powstrzymam się od jednoznacznej odpowiedzi. „Na papierze” wygląda na łatwy, jednak to tylko złudzenie. BBT ma swoje pułapki, które zaskoczyły i pokonały już niejednego zawodnika. Kluczowe znaczenie ma tu pogoda. Gdy trafimy na słońce i wiatr w plecy na całej trasie, to można go uznać za najłatwiejszy. Pierwsze 700 km przebiega po dość płaskich terenach, co pozwala na zachowanie pewnej rezerwy na końcowe pagórki oraz kilka bieszczadzkich „ścianek”. Jeśli jednak zmuszeni będziemy jechać w zimnym deszczu lub przy czołowym wietrze, poziom trudności zdecydowanie wzrośnie.
Rafał Janik: Jesteś aktualnym rekordzistą trasy w kategorii open. Myślę więc, że jesteś najlepszą osobą, którą mógłbym zapytać o to, co należy zrobić, aby szybko pokonać trasę w poprzek Polski.
Paweł Pieczka: Po pierwsze, o czym już wspomniałem, trzeba solidnie przepracować okres przygotowawczy. Im więcej wysiłku włożymy zimą, tym bardziej przyjemne okażą się letnie starty. Następnie warto zdobyć doświadczenie na dystansach rzędu 500-600 km. Polecam start w Pierścieniu Tysiąca Jezior lub innych imprezach z cyklu ULTRACUP. Dobrym rozwiązaniem są także starty w brevetach, które oferują szeroką gamę dystansów. Zachęcam również do udziału w Tour de Silesia, co również będzie dobrym przetarciem przed BBT.
Kolejnym ważnym punktem jest zapoznanie się z trasą oraz lokalizacją punktów kontrolnych (PK). Warto przygotować ściągawkę na kartce lub w nawigacji, aby na bieżąco wiedzieć, ile kilometrów dzieli nas od kolejnego punktu. Dobrze jest także sprawdzić dojazdy do każdego PK, ponieważ „na zmęczeniu” można się zgubić i stracić przez to cenne minuty. Duże znaczenie ma także odżywianie. Podczas startów kontrolnych powinniśmy sprawdzić, co nam pasuje, co lubimy jeść, a następnie trzymać się danego zestawu podczas docelowego startu. Nawet jeśli najdzie nas pokusa, aby spróbować czegoś nowego w trakcie, nie róbmy tego! To nie jest czas na jakiekolwiek eksperymenty.
Najważniejszym elementem w walce o dobry wynik wydaje się jednak odpowiednie nastawienie psychiczne. Głowa w „ultra” jest podstawą. Trzeba mierzyć siły na zamiary i nie porywać się z motyką na słońce. Jeśli chcemy ukończyć BBT w czasie poniżej 48 godzin, warto rozważyć jazdę bez snu. Jeżeli planujemy jechać dłużej, lepiej zdrzemnąć się, aby później uniknąć trybu „zombie”.
Ogólnie rzecz biorąc, z moich obserwacji wynika, że nowi zawodnicy są bardzo niecierpliwi. Chcą od razu spróbować swoich sił na najdłuższych i najtrudniejszych imprezach. Tymczasem, aby być gotowym na tego typu zawody, potrzeba naprawdę sporo czasu, wiele przejechanych kilometrów oraz mnóstwo zebranych doświadczeń. Według mnie wszystko powinno odbywać się stopniowo, aby wrażenia z „ultra” były dużo bardziej przyjemne, a my pozostali w tej branży na dłużej :-)
Rafał Janik: Jakich porad udzieliłbyś osobom, które chcą po prostu pokonać dystans tysiąca kilometrów i zmieścić się w limicie czasu?
Paweł Pieczka: Dla mnie nie ma znaczenia, czy chcemy przejechać trasę szybko, czy naszym celem jest samo zaliczenie BBT. W obu przypadkach schemat pozostaje ten sam. Najpierw musimy dobrze przetrenować zimę. Następnie bezwzględnie powinniśmy zdobyć doświadczenie w krótszych imprezach. To pozwoli lepiej obrać taktykę i plan na pokonanie pełnego „tysiąca”. Dzięki temu typu doświadczeniom wzrośnie także wiara we własne umiejętności, co jest szczególnie istotne w kryzysowych sytuacjach (a te z całą pewnością będą się zdarzać). W ten sposób, zamiast walczyć o przetrwanie, zdołamy w relatywnie przyjemny sposób przeciąć Polskę na pół.
***
Chcesz poznać więcej wskazówek dotyczących jazdy długodystansowej?
Więcej wywiadów i porad znajdziesz w książce "Bałtyk-Bieszczady Tour. Jak przejechać rowerem 1008 km non stop". Sięgnij po nią, by dowiedzieć się, jak zaplanować start w swoim pierwszym wyścigu ultra.
Wolisz czytać w formacie PDF? Kliknij tutaj, aby pobrać darmowy fragment.

