
W historii sportu rzadko zdarzają się postacie tak zdeterminowane i bezkompromisowe jak Eddy Merckx. Zapraszamy do lektury darmowego fragmentu kultowej biografii "Eddy Merckx - Pół człowiek, pół rower". Przekonaj się, dlaczego największy kolarz wszech czasów zdecydował się kontynuować morderczy wyścig Tour de France, mimo dramatycznego wypadku i podwójnego złamania szczęki.
***
Atak ze złamaną szczęką
Eddy Merckx przypuścił pierwszy atak, gdy piątka liderów minęła mały czerwony trójkąt, oznaczający ostatni kilometr do mety w stacji narciarskiej Avoriaz. Nagle zanurkował przy prawej stronie wąskiego korytarza utworzonego przez tłum kibiców. Wkrótce zostało ich tylko trzech: Merckx w tęczowej koszulce mistrza świata, Holender Joop Zoetemelk w niebieskiej koszulce zespołu Gan–Mercier oraz krępy Francuz Bernard Thévenet w żółtej koszulce lidera Tour de France 1975. Po ponownym ataku Mercxa tylko Thévenet zdołał złapać jego koło. Jednak gdy mistrz świata natychmiast przyspieszył ponownie, żółta koszulka musiała odpuścić. Trzy ataki zapewniły Merckxowi etapowe podium i pozwoliły mu wyprzedzić Théveneta o dwie sekundy.
Biorąc pod uwagę, że Merckx wygrał w swojej karierze blisko pięćset wyścigów, to trzecie miejsce mogłoby wydawać się nic nieznaczące. Zważywszy na to, że Thévenet miał prawie trzy minuty przewagi, te kilka sekund mogłoby się wydawać bez znaczenia. Jednak dla człowieka, który tego ranka złamał szczękę, seria brutalnych przyspieszeń i niewielka przewaga czasowa były czymś niezwykłym. Powinien leżeć w szpitalu albo odpoczywać w domu, lecząc podwójne złamanie, które zostawiło jego twarz opuchniętą i pokrytą siniakami. Zamiast tego pokonał trzy potężne alpejskie przełęcze, przejechał 225 kilometrów w palącym słońcu i nadawał tempo na zjeździe do Morzine, ośrodka położonego u podnóża ostatniego podjazdu. Thévenet był słabym zjazdowcem i warto było zmusić go do jazdy na granicy możliwości – w stylu, który można określić jedynie jako heroiczny. To było daremne. Było też autodestrukcyjne. I było wspaniałe.
Kraksa, która mogła zakończyć wszystko
Na pierwszy rzut oka wypadek wydawał się błahy. W tym momencie nawet się nie ścigali. Na początku etapu w małym alpejskim miasteczku Valloire, gdy peleton Tour de France powoli przemieszczał się z miejsca startu honorowego na dolne zbocza Col du Télégraphe, Duńczyk Ole Ritter gwałtownie skręcił, by uniknąć zderzenia z innym kolarzem. Prędkość była niewielka, ale Eddy Merckx, jadący obok, nie zdołał uniknąć kierownicy Rittera, która zahaczyła o jego kierownicę. Stracił panowanie nad rowerem: przewrócił się, lecąc do przodu i na bok. Mogło to być rien de grave (nic poważnego), jak mawiają komentatorzy Tour de France, ale tym razem upadku nie zamortyzowała wyciągnięta ręka czy kolano. Merckx upadł twarzą na ziemię.
Nawet gdy dotarł do niego lekarz Pierre Dumas, by udzielić pomocy, nie było od razu widać, jak poważne są jego obrażenia. Jego twarz nad lewą kością policzkową spuchła, jakby oberwał prawy sierpowy w bójce w pubie. Dumas posmarował jego policzek maścią przeciwbólową, przez co wyglądał, jakby pokryła go chorobliwa biała pleśń. Był oszołomiony i prawdopodobnie miał wstrząśnienie mózgu – rozmawiał po flamandzku z hiszpańskim kolarzem, którego dobrze znał. Namawiano go, przekonywano i błagano, by wycofał się z wyścigu. Przewodził temu chórowi Dumas, a wtórowali mu koledzy z drużyny i menedżer, Bob Lelangue. On jednak nadal pedałował. Dlaczego? Do dziś nie potrafi tego zrozumieć.
Zmuszono go do rozmowy z telewizją po tym finiszu. Drżał w swojej przezroczystej pelerynie Adidasa, a ramię prowadzącego wywiad w krzykliwej koszuli obejmowało go opiekuńczo. Mówił niewyraźnie, starając się ograniczyć ruchy szczęki, ale jego wypowiedzi wciąż były płynne i uprzejme. Przesłuchanie trwało pięć minut. Dlaczego kontynuował? Dlaczego narzucał tempo na ostatnim zjeździe? Czy mógł zrezygnować rano? Czy era Merckxa dobiegła końca? Czy czuł, że ma niewielu przyjaciół w peletonie? Czy uważał, że Bernard Thévenet będzie godnym zwycięzcą Tour de France? I w końcu, gdy już miał odejść, by zająć się swoimi ranami, zawołano go z powrotem. Oto był Thévenet – czy mógłby powiedzieć coś o Merckxie, a Merckx o nim? I czy mogliby uścisnąć sobie dłonie, proszę, dla kamer? Mniej opanowany człowiek wpadłby w histerię, krzycząc, że potrzebuje pomocy medycznej. Stoicyzm człowieka, który przez siedem lat dominował w kolarstwie, był godny podziwu.
Paryż, "Kalwaria" i szacunek rywala
Wieczorem zdjęcia rentgenowskie wykazały złamanie kości policzkowej – późniejsze badania po wyścigu ujawniły podwójne złamanie, z odłamkiem kości unoszącym się w okolicy zatok. Prawie nie czuł szczęki: mógł przyjmować tylko płyny. Dumas i jego zespół medyczny ostrzegli, że jeśli będzie kontynuował Tour, zrobi to na własne ryzyko. Wyścig był przegrany: przed kraksą Thévenet miał prawie trzy minuty przewagi, której, nawet gdyby Merckx był w pełni sił, nie dałoby się odrobić. Niemal każdy inny kolarz przyjąłby tę oczywistą wymówkę i wycofał się z wyścigu. Merckx jednak kontynuował. Była to prawdziwa Kalwaria, jak nazywają to Francuzi, która trwała sześć dni: z Alp przez Châtel i Thonon–les–Bains, na północny zachód do Chalon–sur–Saône po 256 kilometrach, dziewięć godzin w siodle, i dalej do Paryża na Pola Elizejskie.
Zamiast leczyć kontuzje, Merckx przez resztę wyścigu rywalizował z Thévenetem tak samo zacięcie, jak walczył na mecie w Avoriaz. Do tych pierwszych dwóch sekund dołożył piętnaście w jeździe na czas następnego dnia w Châtel i kolejne szesnaście na etapie do Senlis, gdy Francuz stracił kontakt z czołówką w pobliżu mety. Dzięki temu, że Merckx walczył w ten sposób, zamiast biernie się poddać, nikt nie mógł kwestionować prawa Théveneta do zwycięstwa. Nikt nie mógł powiedzieć, że Francuz miał łatwą drogę do wygranej. „Nie wierzyłem, że wygrałem Tour aż do dwóch okrążeń przed metą na Polach Elizejskich” – powiedział mi Thévenet. „Czułem, że nie mogę zostawić mu nawet szpary w drzwiach, bo mógłby przez nią wskoczyć. Nie miałem ani chwili spokoju”.
Pozostając w wyścigu i rywalizując z nim do końca, „Merckx zapewnił Thévenetowi pełnię triumfu” – powiedział jeden ze świadków tych wydarzeń. „Gdyby się wycofał, to zwycięstwo miałoby posmak niedosytu”. Sam Merckx nie potrafił wyjaśnić, dlaczego został w tym wyścigu, choć z perspektywy czasu uważał, że było to niemądre posunięcie, które przyspieszyło jego ostateczny upadek. Jednym z powodów była nagroda pieniężna, która stanowiłaby ogromną różnicę w dochodach kolegów z drużyny, którzy byli od niego zależni. Jego własne wyjaśnienie dla dziennikarza telewizyjnego było proste: „Schodzenie na pobocze to nie mój styl”. Najprostsze wytłumaczenie jest jednak takie: szanse mogły być mocno przeciwko niemu, ale wciąż istniała możliwość wygranej. Gdyby pojechał do domu, a Thévenet wypadłby na zakręcie lub zachorował, jak by się z tym czuł?
Pół człowiek, pół rower
Przez lata kibice i media obserwowali, jak Merckx dominuje w sporcie z nieubłaganą siłą. Jego wyczyny były tak trudne do pojęcia, że łatwiej było postrzegać go jako maszynę, nadludzką istotę, „potwora”, „krokodyla”, „kanibala”. Avoriaz i wydarzenia, które po nim nastąpiły, pokazały oblicze Merckxa, które zawsze w nim tkwiło, ale pozostawało niezauważone. Zawodowe sumienie, wszechogarniająca determinacja, niechęć do poddania się wyrokom losu, czysta, ślepa miłość do swojego fachu, obawa przed zrobieniem czegoś, czego mógłby żałować – wszystko to pokazał publicznie w ciągu tych sześciu dni. To wyjaśniało, dlaczego, kiedy ostatecznie dotarł do Paryża na drugim miejscu – po raz pierwszy od ośmiu lat kończąc wielki tour na pozycji innej niż pierwsza – był bardziej popularny niż kiedykolwiek wcześniej. Półczłowiek, półrower, jak nazwał go jeden z dziennikarzy, po Avoriaz był aż nadto ludzki.
Zderzenie z legendą
Minęło dwadzieścia lat od dnia, w którym Eddy Merckx po raz pierwszy pojawił się w moim świecie, do dnia, w którym w końcu go poznałem. 13 lipca 1977 roku wyszedłem ze szkoły w Exeter i zastałem mojego ojca czekającego w samochodzie, słuchającego relacji z Tour de France w Alpach we francuskim radiu. Powiedział mi, że to był niezwykły dzień: w limicie czasu nie zmieściło się trzydziestu zawodników, Eddy Merckx wypadł z czołówki i cierpiał jak pies, próbując utrzymać się w wyścigu. Zbiegło się to w czasie z prezentem w postaci książkowej relacji Geoffreya Nicholsona z Tour 1976: The Great Bike Race, którą czytałem wielokrotnie przez ostatnie trzydzieści pięć lat. Nicholson nakreślił sugestywny portret największego kolarza w historii tego sportu. Opisał zdystansowanego mężczyznę o „rysach słupa totemicznego”, który był tak poważny przez większość czasu, że znalezienie jego uśmiechniętych zdjęć stało się zabawą wśród fotoreporterów. Merckx traktował swoje rzemiosło tak poważnie, że nikt nie był zdziwiony ciągiem wydarzeń, które wykluczyły go z wyścigu w 1976 roku. Kontuzja odniesiona w Giro d’Italia stawiała go przed wyborem między własnym pragnieniem wygrania szóstego Touru a zawodowym obowiązkiem, który nakazywał mu kontynuowanie Giro, mimo że nie miał szans na zwycięstwo. Nicholson stwierdził, że to charakterystyczne, iż wybrał tę drugą drogę.
Pod koniec 1997 roku pojechałem do Belgii, aby przeprowadzić wywiad z Merckxem i uderzyły mnie dwie rzeczy, których się nie spodziewałem. Zadał sobie trud, by czekać na mnie na lotnisku w Brukseli, gdy mój lot się opóźnił, nie okazując przy tym zniecierpliwienia ani tym bardziej irytacji. A przecież mógł zlecić mój odbiór jakiemuś asystentowi lub kazać mi samemu dotrzeć w wyznaczone miejsce. Ale nie – obiecał, że spotkamy się na lotnisku i zamierzał dotrzymać słowa. O ile już to było zaskakujące, to jeszcze bardziej zaskakujący okazał się jego wzrost. Na starych zdjęciach, które widziałem, zawsze wydawał się nie większy niż przeciętny kolarz. Były to klasyczne ujęcia: Merckx pochylony nad swoim rowerem podczas wyścigu Paryż–Roubaix w 1970 roku, Merckx odnoszony z roweru po pobiciu rekordu godzinnego w 1972 roku, Merckx zdający się wbijać w pedały, gdy atakował po kolejne zwycięstwo. Nic nie mogło mnie przygotować na widok największego kolarza świata górującego nad większością tłumu w hali przylotów.
Era "Kanibala" – dominacja absolutna
Niezwykły wzrost popularności Merckxa doskonale obrazuje fenomen człowieka, który zdominował nie tylko swoją dyscyplinę, ale i światowy sport. Ten człowiek, którego ku mojemu zdziwieniu nie rozpoznano na lotnisku Zaventem, okazał się jednym z najskuteczniejszych w historii sportu. W kolarstwie pozostanie wyjątkową postacią nie tylko ze względu na liczbę zwycięstw, ale także ich jakość. Przez kilka lat dokonał pozornie niemożliwego – sprawił, że ten najbardziej nieprzewidywalny sport stał się niemal całkowicie przewidywalny. Tempo, w jakim gromadził zwycięstwa w szczytowym okresie kariery, było nieprawdopodobne: 250 triumfów w 650 wyścigach w latach 1969–1973. W niektórych sezonach był bliski wygrywania co drugiego wyścigu, w którym startował. Jego dorobek jest imponujący: pięć zwycięstw w Tour de France, pięć w Giro d’Italia – w tym trzykrotnie legendarny „dublet” obu wyścigów w tym samym roku – trzy tytuły mistrza świata ze startu wspólnego, rekordowa liczba zwycięstw etapowych w Tour de France i dni spędzonych w prestiżowej żółtej koszulce lidera, ceniony rekord godzinny oraz ponad trzydzieści zwycięstw w jednodniowych wyścigach klasycznych. Skala tych osiągnięć była w tamtym czasie oszałamiająca i do dziś pozostaje bezprecedensowa.
Merckx zmienił standardy oceny kolarstwa, ustawiając poprzeczkę na nieosiągalnym poziomie. Stworzył nowy styl ścigania – zawsze atakując, angażując się w każdy wyścig od startu do mety. Jego podejście było bezkompromisowe, niezależnie od miejsca wyścigu, okoliczności czy warunków pogodowych. Jako pierwszy kolarz zdominował Tour de France w sposób metodyczny, dzień po dniu, wyznaczając styl, który później naśladowali Bernard Hinault, Miguel Indurain i Lance Armstrong. Choć ich triumfy w Tour de France czasami porównuje się do osiągnięć Merckxa lub nawet uznaje za większe, to zwycięstwa Belga należy rozpatrywać w szerszym kontekście. Każde z nich było elementem mozaiki jego dominacji w całym sezonie, a każdy sezon stanowił część większej całości – siedmioletniego okresu całkowitej supremacji w tym sporcie. Jako niedościgniony wzór w kolarstwie i wieczny punkt odniesienia, Merckx jest dla swojej dyscypliny tym, kim Muhammad Ali, Pelé czy Ayrton Senna dla swoich.
Ikona stylu i bohater dokumentów
Merckx ma także inne oblicza. Podobnie jak Pelé, George Best czy Ali, jest nie tylko sportowcem, który zdominował swoją dyscyplinę, ale także ikoną wizualną. Pozostały po nim niezapomniane obrazy – Merckx przypominający ukrzyżowanego Chrystusa po ataku widza podczas Tour de France 1974, Merckx z pochyloną głową, gdy całą siłą swojego ciała naciska na pedały, Merckx z rękami i ramionami pokrytymi śniegiem podczas Tour of Belgium w 1970 roku. Zachowało się też wiele materiałów filmowych: La Course en Tête, Stars and Watercarriers czy The Greatest Show on Earth. O ile Fausto Coppi jest kolarzem, którego życie przypomina powieść, o tyle Merckx jest bardziej bohaterem filmu dokumentalnego.
Najlepiej istotę Merckxa oddaje scena z La Course en Tête, gdzie widać go trenującego na trenażerze w domu pod Brukselą: pot spływający po nosie i policzkach zbiera się w kałużę na podłodze, długie nogi kręcą pedałami coraz szybciej i szybciej, opony kołyszą się w przód i w tył, ale jego charakterystyczna fryzura w stylu Elvisa Presleya pozostaje nienaruszona na tle modnych kredensów. Podobnie jak Fausto Coppi, Merckx był ikoną stylu: te bokobrody i kości policzkowe, dopasowane białe polo, eleganckie garnitury i szerokie kołnierzyki. Jest jednym z niewielu mężczyzn, którzy potrafili dobrze wyglądać w dzwonach.
Tajemnica geniuszu: Dlaczego on to robił?
Uchwycenie istoty tak złożonej postaci – ikony wizualnej, sportowej i ludzkiej – stawia przed dziennikarzem szczególne wyzwania. Nasza praca polega na rozkładaniu tego, co widzimy, na czynniki pierwsze. Tematy muszą zostać zbadane w ograniczonym czasie, nie sposób objąć wszystkich aspektów. Pytanie, które nurtowało mnie przez całą drogę do Brukseli, było tym samym, które zadałbym Sennie, Alemu czy Pelemu, i które później miałem szczęście zadać innym wielkim mistrzom, a w niektórych przypadkach seryjnym zwycięzcom: dżokejowi Tony’emu McCoyowi, Sir Chrisowi Hoyowi, Serge’owi Blanco, Lennoxowi Lewisowi. Nie interesowało mnie to, jak Merckx stał się najlepszy. Chciałem wiedzieć: dlaczego?
Skąd wzięły się te lata absolutnego skupienia? Dlaczego po porażce jedynym ukojeniem było zwycięstwo? Co wzbudziło w tym człowieku potrzebę wygrywania na tak gigantyczną skalę, ograniczoną jedynie fizycznymi możliwościami ludzkiego ciała, zanim ostatecznie się poddało? Dlaczego po pięciokrotnym zwycięstwie w takim klasyku jak Mediolan–San Remo wciąż pragnął wygrać go po raz kolejny? Dlaczego mając już znaczną przewagę w Tour de France, zdecydował się na 140-kilometrową samotną ucieczkę, by powiększyć ją o kolejne osiem minut, jak to zrobił w Mourenx podczas Tour de France 1969? Krótko mówiąc – dlaczego ten człowiek był tak nienasycony?
W przypadku Merckxa było oczywiste, że gdyby jego ciało ostatecznie nie odmówiło posłuszeństwa, nadal by wygrywał. W rzeczywistości dokładniejsza analiza jego kariery sugeruje, że zaczął odczuwać swoje fizyczne ograniczenia już w trzecim roku dominacji. Jak pokazała jazda do Avoriaz i jej następstwa, był naprawdę nie do powstrzymania, czasem aż do granic szaleństwa. Zupełnie jak himalaiści, którzy zdają się ignorować potencjalne konsekwencje swoich działań. Autodestrukcja, która przypieczętowała koniec kariery Merckxa, przypominała zachowanie osób, które kontynuują wspinaczkę na szczyt Everestu lub K2, wiedząc, że śmierć jest blisko. Racjonalne myślenie nie ma tu nic do rzeczy.
Nie spodziewałem się jednoznacznej odpowiedzi od Eddy’ego, ale otrzymałem jej zarys. „Pasja, tylko pasja” – odpowiedział na moje pytanie, powtarzając to słowo jak mantrę. „W szkole zapytali mnie, co chcę robić, a ja odpowiedziałem: ‘chcę być kolarzem’. Powiedzieli: ‘ale to nie jest zawód’. Nie wiem, dlaczego miałem takie postanowienie. W mojej rodzinie nie było kolarzy. To naprawdę była czysta pasja. Nie potrafię tego wytłumaczyć”. Jak sam powiedział, nie chodziło tylko o wygrywanie, ale o jak najlepsze wykorzystanie tego, co zostało ci darowane.
Ludzki geniusz przejawia się na wiele sposobów i nie ogranicza się do sztuki, nauki czy przemysłu. Sport dla większości świata jest rozrywką, ale jego najwybitniejsi przedstawiciele są równie zmotywowani i kreatywni jak Mozart czy Brunel, Dickens czy Szekspir. Wszyscy wydają się w podobny sposób pochłonięci swoją profesją. Dostrzegł to francuski pisarz Pierre Chany, formułując celną odpowiedź dla tych, którzy krytykowali Merckxa za uczynienie kolarstwa przewidywalnym: „czy ktoś zastanawiał się, czy Molière zniszczył teatr, Bach zaszkodził muzyce, Cézanne był szkodliwy dla malarstwa, a Chaplin zrujnował kino?”.
To, co Merckx stworzył, kiedy znajdował się na szczycie kolarskiego świata, było serią małych arcydzieł. Jego ucieczka do Mourenx, rekord godzinny czy atak, by wygrać siódme Mediolan–San Remo, były dziełami sportowego geniuszu. Nie zrodziły się z brutalnej siły i ignorancji – każde z nich było zwieńczeniem długiego procesu: niezliczonych godzin treningu, nieprzespanych nocy wypełnionych zmartwieniami, zdobytego doświadczenia i wiedzy. Nie były to zwykłe wyczyny dla pieniędzy. Słynny Merckx nigdy nie wiedział, jakie nagrody pieniężne mogą być oferowane w danym wyścigu. A jak pokazało zakończenie Tour de France w 1975 roku, potrafił przegrywać z klasą. W kolarstwie chodziło o coś więcej niż tylko zwycięstwa czy zarabianie na życie.
***
Chcesz poznać więcej tajemnic z życia Eddy'ego Merckxa?
Sięgnij po pełną wersję książki, by poznać historię człowieka, który na zawsze zmienił oblicze światowego kolarstwa i dowiedzieć się, co działo się w głowie największego zwycięzcy wszech czasów.
Wolisz czytać w formacie PDF? Kliknij tutaj, aby pobrać darmowy fragment.

