
Jak wygląda zderzenie młodego, amerykańskiego kolarza z bezlitosnym światem europejskiego ProTouru? Jakie zasady (i absurdy) rządzą peletonem, w którym ściga się Lance Armstrong? Zapraszamy do lektury darmowego, pełnego humoru i brutalnej szczerości fragmentu książki "Zawodowiec za 10 dolarów" autorstwa Phila Gaimona. Zobacz wielki wyścig Tour of California oczami chłopaka, który zarabiał na nim grosze.
***
Europejscy zawodowcy są mistrzami w tym, co robią
Byłem w domu zaledwie kilka dni, zanim znów wsiadłem do samolotu na Tour of California. Podróż rozpoczęła się długą jazdą do Fairfield, gdzie zwiedzaliśmy fabrykę Jelly Belly. Całodniowy spacer i degustacja słodyczy nie były idealnym przygotowaniem do najważniejszego wyścigu roku, ale przynajmniej mogliśmy obrabować sklep z pamiątkami w drodze powrotnej.
Dotarliśmy na start w Sacramento następnego dnia. Mój pierwszy wyścig jako zawodowiec w Jelly Belly rozpoczął się złowieszczo: o piątej rano usłyszałem pukanie do drzwi pokoju hotelowego – obowiązkowe badanie krwi. Ustawiliśmy się w kolejce w piwnicy hotelu, pocierając oczy i mrużąc je w ostrym świetle. Witaj w zawodowym kolarstwie.
Lance Armstrong wrócił z emerytury, a Tour of California był jego amerykańskim debiutem po powrocie. Fani szukający autografów byli dosłownie wszędzie. Ponieważ Lance był trudny do złapania, wielu fanów prosiło o autografy mnie i moich kolegów z drużyny – choćby na pamiątkę. Było zabawnie przedzierać się przez tłumy ludzi wyciągających w naszą stronę długopisy, plakaty i koszulki. Czasami dla żartu podrabiałem podpis Lance’a, żeby być miłym. Jeśli sprzedałeś to na eBayu jakiemuś naiwnemu kupującemu – jesteś mi winien prowizję.
Moi rodzice przylecieli z Atlanty, żeby obejrzeć prolog. Mama i tata nigdy nie byli wielkimi fanami kolarstwa, więc cieszyłem się, że mieli okazję zobaczyć prawdziwy wyścig. Wiedzieli, że nie zarabiam na życie i prawdopodobnie myśleli, że ściganie się to jakaś przejściowa faza. Jednak, kiedy zobaczyli tłumy i patrzyli, jak rozdaję autografy, było jasne, że ich syn przynajmniej dokądś zmierza – nawet jeśli tego dnia zajął 91. miejsce na 120 kolarzy. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że słabe wyniki to też tylko pewien etap.
Moja mama zauważyła kilku zawodników Garmina przejeżdżających po etapie i przez chwilę myślała, że na ich koszulkach jest napisane „Gaimon”.
– Phillip! – wykrzyknęła. – Ten zespół to twoje przeznaczenie.
Przewróciłem oczami, bo nie miała pojęcia, jak dobrzy oni byli.
– Taa… marzenia nic nie kosztują – odpowiedziałem.
Jeśli tam nie sikałeś, to tam nie byłeś
Od pierwszego kilometra zimny deszcz stłumił całą ekscytację i fanfary Tour of California, tworząc tydzień pełen kraks i powszechnego cierpienia, który byłby wystarczająco trudny nawet w idealnych warunkach. Jonny Clarke celnie podsumował sytuację, spoglądając przez okno kampera, gdy podjeżdżaliśmy na start:
– Gówniana dyscyplina – stwierdził sucho.
Pod koniec pierwszego etapu ciężkie wzniesienie wymusiło selekcję – wszyscy zawodnicy walczyli o klasyfikację generalną. Podjazd rozpocząłem z tyłu, ale wkrótce przebiłem się przez peleton. Kiedy zwiększali tempo w pobliżu szczytu, Fränk Schleck – który nosił żółtą koszulkę w Tour de France rok wcześniej i był uważany za jednego z najlepszych wspinaczy na świecie – zrobił przede mną lukę i obaj odpadliśmy na szczycie, tracąc zaledwie kilka sekund do czołówki. Zjazd pokonywaliśmy ile sił, ale tylko powiększaliśmy stratę i ostatecznie zostaliśmy wchłonięci przez grupę. Pierwsza grupa utrzymała przewagę, a klasyfikacja generalna wydawała się już ułożona.
Na wieczornej odprawie Danny spojrzał na wyniki. Myślałem, że będzie wściekły, że przegapiliśmy kluczową selekcję, ale wymienił nazwiska chłopaków z czołowej grupy i powiedział:
– Tak, ta grupa to sami najwięksi zawodnicy na świecie. Nie ma problemu, że to przegapiliśmy.
Odetchnąłem z ulgą.
Reszta wyścigu była ciągłym upokorzeniem z rąk – lub raczej nóg – zawodników ProTour. Ponieważ nie liczyliśmy się już w generalce, staraliśmy się o jak najlepsze wyniki etapowe. Niestety za każdym razem, gdy mijaliśmy znak „10 km do mety”, włączenie się do walki o wysokie miejsca okazywało się niemożliwe. Europejskie zespoły przyspieszały wtedy do prędkości, którą ledwo mogliśmy utrzymać.
Na czwartym etapie, gdy do mety zostało piętnaście kilometrów, przebiłem się do środka grupy. Kiedy wspinaliśmy się na krótkie wzniesienie w bocznym wietrze, spojrzałem przez lewe ramię i zobaczyłem Toma Boonena – belgijskiego zawodnika, który dominował we wszystkich największych klasykach na świecie. Boonen i jego zespół Quick-Step ostro przyspieszyli, rozbijając stawkę w drobny mak. Dojechałem do mety daleko za liderami…
W połowie Tour of California miałem w nogach już dwa razy więcej kilometrów wyścigowych niż w jakimkolwiek dotychczasowym starcie. Niestety złapałem paskudne przeziębienie, które rozprzestrzeniało się w peletonie. Zespół poddał się w klasyfikacji generalnej już pierwszego dnia, a teraz zrezygnował z walki o etapy. Celem stało się jedynie dostanie do ucieczki dnia i pokazanie Jelly Belly w telewizji. Moim osobistym zadaniem było po prostu ukończenie wyścigu.
Złota zasada ucieczek i spotkanie z Lance'em
Na piątym etapie organizatorzy zamknęli most Golden Gate na czas przejazdu kolumny wyścigu. Wykorzystałem tę okazję, aby opróżnić pęcherz wprost do zatoki, realizując jedno ze swoich życiowych marzeń. Mój moment chwały szybko się skończył, gdy skręciliśmy, wystawiając się na boczny wiatr. Poszedł pełen gaz, a ja szybko znalazłem się na końcu grupy, mieląc jak głupi na najwyższym przełożeniu 53x11. W słuchawce usłyszałem głos naszego dyrektora sportowego:
– Krrr, trzech zawodników odjechało na dziesięć sekund. To Tyler Hamilton, Francisco Mancebo i Jens Voigt. Potrzebujemy tam kogoś od nas, krrr.
Nie mogłem w tej chwili nic z tym zrobić. Poza tym, przy tej prędkości wiedziałem, że ucieczka za chwilę zostanie skasowana. Owszem, byli ode mnie mocniejsi. Mieli jednak te same przełożenia co ja, więc fizycznie niemożliwe było utrzymanie takiego tempa. Opuściłem głowę i dałem z siebie wszystko, tylko po to, by w ogóle utrzymać się w peletonie. Radio zatrzeszczało ponownie:
– Krrr, trzech zawodników, teraz na trzydzieści sekund przewagi. Krr, ktoś od nas musi tam przeskoczyć…
Wyjąłem słuchawkę z ucha, zanim usłyszałem kolejne „krrr”.
Z ucieczką, która odjechała, mądrym posunięciem byłoby uznanie, że plan się nie powiódł i pozostanie w grupie. Brakowało mi jednak doświadczenia i nadal myślałem, że muszę się udowodnić. Peleton zwolnił, gdy zbliżaliśmy się do pierwszego podjazdu dnia. Ucieczka miała niespełna minutę przewagi, więc zaatakowałem. Astana jechała na czele i to był pierwszy raz, gdy faktycznie znalazłem się obok Lance’a. Lance zawsze jeździł na przedzie, a ja nie docierałem tu zbyt często.
Udało mi się zdobyć kilkanaście sekund przewagi, zanim mnie dogonili. Nieudana próba, ale wykonywałem swoją pracę. To znaczy – próbowałem ją wykonywać, ale fizycznie nie byłem w stanie. W każdym razie Astana była urażona i oburzona postrzeganym brakiem szacunku za atakowanie po tym, jak odjazd został już odpuszczony. Byłem na skraju prawej strony drogi i gdy każdy zawodnik mnie mijał (włącznie z Lance’em i Levim Leipheimerem), delikatnie zajeżdżał mi drogę tylnym kołem, by zepchnąć mnie na pobocze – uniwersalny gest, który mówił: „Spierdalaj za atakowanie bez naszego pozwolenia”.
Pokryta śniegiem ziemia na szczycie podjazdu była zatłoczona kibicami, w tym jednym przebranym za pszczołę (nawiązanie do kolorów Livestrong), dzierżącym igłę wielkości bazooki z napisem „EPO”. Gdy biegł obok peletonu, wrzeszcząc na Lance’a, obserwowałem, jak siedmiokrotny zwycięzca Tour de France popycha go, posyłając biedną pszczołę na śnieg, antenkami do przodu. Byłem głównie pod wrażeniem umiejętności Lance’a w prowadzeniu roweru.
Zemsta z bidonem i trudne rozmowy
W następnej dolinie grupa stanęła na sikanie, pozwalając uciekinierom zwiększyć przewagę. Zatrzymałem się obok Floyda Landisa na skraju drogi. Drżąc w naszych czarnych kurtkach Gore-Tex, których nie zdejmowaliśmy przez cały tydzień, odlewaliśmy się do zimnej kałuży. Floyd zaśmiał się:
– To najlepszy moment całego dnia. Trzeba cieszyć się małymi rzeczami.
– Mam nadzieję, że nie mówisz o swoim penisie – odparłem.
Sam się prosił o taką ripostę.
Jechałem w peletonie przez resztę etapu, w pewnym momencie mszcząc się na Astanie za zepchnięcie mnie na pobocze. Tempo dyktowało czterech ich kolarzy, do mety pozostawał kawał drogi, a tempo było umiarkowane. Jeden z moich kolegów z drużyny podjechał i powiedział, że chce mi coś pokazać. Przebiliśmy się na przód grupy, gdzie wziął pełny bidon i rzucił go najsilniej, jak mógł, w metalowy znak ograniczenia prędkości. – Duuuunnnggg – rozległ się znak, wibrując od uderzenia.
Kazachscy zawodnicy wzdrygnęli się na dźwięk i rozglądali, czy nie było wypadku. Mój pierwszy bidon chybił, ale drugi trafił w znak stopu. Liderzy znowu podskoczyli, ale tym razem widzieli bidon i odpowiedzieli nam ponurymi, wschodnioeuropejskimi spojrzeniami w stylu złoczyńców z Bonda. Nie były one wystarczająco zastraszające, byśmy przestali. Inne zespoły szybko dołączyły, a Boonen wysłał jednego ze swoich kolegów z drużyny po więcej amunicji (mam na myśli bidony). Floyd miał rację co do małych rzeczy.
Następnego ranka ustawiłem się na starcie z przodu. Jeśli nie mogłem zrobić wyniku, ani nawet znaleźć się w ucieczce, była to jedna z niewielu opcji, żeby pojawić się w telewizji. Lance stał obok, prawdopodobnie rozpoznając mnie z poprzedniego dnia.
– Co to za klocki hamulcowe? – zapytał. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ze mną rozmawiał.
– Yyy... SwissStopy – odpowiedziałem, patrząc w dół, aby przeczytać logo.
– Są dobre na deszcz? Mieliśmy je wcześniej, ale zużywają się jak cholera.
Byłem obolały, z cieknącym nosem i wykończony po całonocnym kaszlu. Klocki hamulcowe nie mieściły się nawet w pięćdziesiątce moich największych trosk.
– Są w porządku – wykrztusiłem, gdy odliczanie do startu dobiegało końca.
Chciałbym przeprosić moich czytelników i fanów kolarstwa na całym świecie. To była moja szansa, żeby przywalić Lance’owi prosto w jądra (a raczej jądro) i żałuję, że ją przegapiłem.
Ponownie, naszym celem było dostanie się do ucieczki dnia, a ataki rozpoczęły się tuż po starcie. W końcu trzech facetów zdobyło niewielką przewagę, a ja zamierzałem do nich dołączyć. Wtedy Levi Leipheimer pojawił się na przedzie.
– Kto musi sikać? – zapytał.
Wiedząc, że przystanek na sikanie był gwoździem do trumny dla każdego, kto miał nadzieję przeskoczyć do ucieczki, zapytałem Leviego, czy mimo wszystko, mogę to zrobić.
– Przegapiliśmy odjazd każdego dnia – wyjaśniłem. – Ktoś zostanie zwolniony, jeśli zrobimy to ponownie.
Levi zaśmiał się i powiedział, żebym spróbował. Przynajmniej rozumiał, że też mamy pracę do wykonania.
Pięć minut później peleton rozpadł się na kawałki, Levi z trudem wrócił do grupy po samochodach, a nasza ucieczka została skasowana. Była to robota Toma Danielsona, który nie słyszał mojej rozmowy z Levim i postanowił skasować mnie dla zasady.
– Co ty odwalasz! Nie widziałeś, jak Levi się zatrzymuje? – zapytał Danielson.
Zabawne, jak wszystkie zasady szacunku działały na korzyść największych drużyn. Nie miałem ochoty na reprymendę.
– Levi powiedział, że mogę odjechać. To ty narobiłeś gnoju, bo nie pozwoliłeś mu się normalnie odlać. Ogarnij się, Christian.
Celowo nazwałem go złym imieniem, udając, że myślałem, że to Christian Vande Velde. Robiliśmy to z kolegami przez cały tydzień. Chciałbym móc ścigać się z tablicą nad głową, na której byłoby napisane: „Zarabiam 166,66 dolarów miesięcznie, więc wszyscy dajcie mi spokój”.
Dzięki Tomowi skład ucieczki się zmienił – tym razem załapał się do niej również nasz Matt Crane. Można więc powiedzieć, że faktycznie osiągnęliśmy coś tego dnia.
Levi podjechał do mnie około połowy etapu. Nie jestem pewien, czy czuł się źle, jak potraktował mnie wczoraj, czy może dowiedział się, że piszę bloga dla magazynu Bicycling i chciał się podlizać. Tak czy inaczej, przeprowadziliśmy przyjazną rozmowę, podczas gdy jego zespół pracował na przedzie. Zapytał, czy jakieś europejskie firmy sponsorują kolarstwo dłużej niż Jelly Belly.
– To już dziesiąty rok sponsoringu – poinformowałem go.
Uważnie słuchałem podczas zwiedzania fabryki. Mógłbym też wymienić kroki w procesie produkcji naturalnych aromatów albo powiedzieć mu, że Ronald Reagan trzymał słoik czerwonych, białych i niebieskich Jelly Bellies na swoim biurku.
Levi nacisnął przycisk radiostacji.
– Hej, Johan, którego roku było to z Rabobankiem, kiedy zjechałeś z urwiska?
Po chwili oczekiwania na odpowiedź zwrócił się do mnie:
– To było dwanaście lat temu.
Wychodziło na to, że byliśmy drugim najdłużej działającym zespołem. Ludzie mówią, że radia są zbędne, ale czasem się przydają.
***
Chcesz poznać więcej brutalnie szczerych historii z peletonu?
Jeśli chcesz wiedzieć, jak naprawdę wygląda życie zawodowego kolarza na dorobku, bez lukru i cenzury, sięgnij po pełną wersję książki.
Wolisz czytać w formacie PDF? Kliknij tutaj, aby pobrać darmowy fragment.

