Przejdź do treści
Wysyłka w 24h
Darmowa wysyłka paczkomatem InPost od 199 zł
Ponad 100 książek dostępnych od ręki

Blog – książki, trening i historia kolarstwa

Dlaczego lider Giro d'Italia jeździ na różowo? Historia „La Corsa Rosa", Cima Coppi i upadłych aniołów peletonu

Dlaczego lider Giro d'Italia jeździ na różowo? Historia „La Corsa Rosa", Cima Coppi i upadłych aniołów peletonu Kiedy w maju kolarski peleton wjeżdża na szosy, świat na trzy tygodnie zmienia kolor na różowy. Giro d'Italia to coś więcej niż impreza sportowa – to narodowe święto, w którym sportowa rywalizacja miesza się z dramatycznymi historiami, zapachem porannego espresso i morderczymi podjazdami. A zanim kolarze dojadą w ośnieżone Alpy i Dolomity, wyścig coraz częściej zaczyna się tysiące kilometrów od Rzymu czy Mediolanu. Pomysł, który zrobił karierę dopiero niedawno Choć Giro istnieje od 1909 roku, przez dekady pozostawało wyścigiem na wskroś włoskim – z tradycyjnym startem i metą w Mediolanie. Pierwszy zagraniczny prolog odbył się dopiero w 1965 roku w mikropaństewku San Marino, a na prawdziwy Grande Partenza (Wielki Start) poza granicami Włoch trzeba było czekać do 1973 roku, kiedy peleton ruszył z Belgii. Przez następne pół wieku zagraniczne starty pozostawały rzadkością – łącznie do 2026 roku zorganizowano ich zaledwie szesnaście. To dopiero ostatnie lata uczyniły z nich modę: organizatorzy uwielbiają ten zabieg, bo pozwala promować swój wyścig w nowych zakątkach Europy. Wystarczy spojrzeć na 109. edycję, która rusza dziś, 8 maja 2026 roku, z… Bułgarii. Peleton rozpoczyna zmagania w malowniczym Nesebyrze nad Morzem Czarnym, by po 147 kilometrach finiszować w Burgasie. Drugi etap zaprowadzi kolarzy do Wielkiego Tyrnowa, a trzeci – z Płowdiwu do Sofii – zamknie bułgarski rozdział i odeśle peleton do Włoch, gdzie wyścig podejmie wątek od czwartego etapu w Catanzarze. Finał, jak każe tradycja ostatnich edycji, czeka 31 maja w Rzymie. Czy zastanawialiście się jednak, dlaczego lider Giro – w przeciwieństwie do lidera Tour de France jadącego na żółto – zakłada trykot w tak nietypowej barwie? Wszystko przez kolor gazety Historia Maglia Rosa (różowej koszulki) jest do bólu prozaiczna, a jednocześnie na wskroś romantyczna. Pierwsza edycja Giro d'Italia wystartowała w 1909 roku, a głównym organizatorem i sponsorem był włoski dziennik sportowy „La Gazzetta dello Sport". Aby wyróżnić lidera w pędzącym w tumanach kurzu peletonie, organizatorzy potrzebowali jaskrawej barwy. W 1931 roku z inicjatywy dziennikarza Armanda Cougneta zdecydowano się na kolor różowy – dokładnie ten, na którym „Gazzetta" drukowana była już od 1899 roku. Pierwszym kolarzem, który włożył różowy trykot, był Learco Guerra, „ludzka lokomotywa" z Mantui. Ciekawostka, której wielu nie zna: różowa koszulka o mały włos by nie powstała. Włochy rządzone przez Mussoliniego nie były zachwycone „kobiecym" kolorem – wódz kraju zgodził się dopiero pod warunkiem, że na różowym tle zostanie wyhaftowany symbol partii faszystowskiej (rózgi liktorskie z toporem). Dopiero po wojnie godło zniknęło, a Maglia Rosa stała się tym, czym jest dziś – marzeniem każdego włoskiego chłopaka wsiadającego na szosówkę. Dach wyścigu i „Il Campionissimo" Pisać o Giro d'Italia bez Fausta Coppiego to jak pisać o historii Rzymu bez Juliusza Cezara. Coppi, nazywany Il Campionissimo (Mistrz nad mistrzami), wygrywał ten wyścig pięciokrotnie (1940, 1947, 1949, 1952, 1953). Był uosobieniem powojennych Włoch – elegancki, obdarzony nieludzką wydolnością w górach, a jednocześnie uwikłany w skandal obyczajowy (głośny romans z „Damą w bieli"), który wstrząsnął ówczesnym, konserwatywnym krajem. Aby uczcić jego pamięć, w 1965 roku – pięć lat po jego śmierci – najwyższy punkt na trasie każdej edycji Giro otrzymał nazwę Cima Coppi. To tam powietrze jest najrzadsze, ból nóg największy, a chwała dla pierwszego kolarza na szczycie nieśmiertelna. Najczęściej rolę tę pełni kultowe Passo dello Stelvio (2757 m n.p.m.) – nieprzypadkowo, bo to właśnie tam w 1953 roku Coppi przypieczętował swoje piąte zwycięstwo w Giro, deklasując Hugo Kobleta. Jeśli chcecie zrozumieć fenomen tego kolarza, biografia Upadły anioł kolarstwa. Fausto Coppi to pozycja absolutnie obowiązkowa. Cena legendy – tytani dawnego peletonu Era Coppiego zapoczątkowała złoty, ale i brutalny wiek kolarstwa. Zawodnicy ścigali się na ciężkich, stalowych rowerach, pokonywali nieutwardzone drogi i przesuwali granice ludzkiej wytrzymałości do niebezpiecznego maksimum. To były czasy herosów i tytanicznego wysiłku, który nierzadko kończył się tragedią. Choć dramat Toma Simpsona rozegrał się we Francji, na morderczych zboczach Mont Ventoux, historia brytyjskiego mistrza idealnie oddaje realia tamtego bezlitosnego peletonu. Książka Wsadźcie mnie z powrotem na rower. Śladami Toma Simpsona to wstrząsający reportaż o człowieku, który dla sportu i sławy poświęcił dosłownie wszystko. Bogowie szos: Kanibal i Pirat Historia Giro to jednak nie tylko lata powojenne. To również epoka bezwzględnej dominacji Eddy'ego Merckxa. Belgijski „Kanibal", znany z tego, że chciał wygrywać każdy etap, każdą lotną premię i każdy wyścig, w którym startował, też pięciokrotnie triumfował we Włoszech (1968, 1970, 1972, 1973, 1974). Jak rodziła się ta maszyna do wygrywania? O tym opowiada porywająca Eddy Merckx. Półczłowiek, półrower. Zupełnie innym bohaterem, którego Włosi pokochali miłością bezgraniczną, był Marco Pantani. Il Pirata (Pirat) był ostatnim wielkim romantykiem peletonu. Kiedy góry stawały się zbyt strome dla innych, on chwytał za dolny chwyt kierownicy, wstawał z siodełka i „tańczył" na pedałach, zostawiając rywali w tyle. Jego wzloty oraz tragiczny, pełen mroku upadek to historia, którą świetnie opisuje Marco Pantani. Ostatni podjazd. Poczuj klimat Corsa Rosa! Tegoroczne Giro, startujące znad Morza Czarnego i pędzące w stronę Rzymu, znów dostarczy nam pięknych obrazków. Zanim jednak włączycie transmisję z kolejnego etapu, polecamy zaparzyć mocną kawę i przenieść się w czasie. Dla wszystkich spragnionych kolarskich opowieści przygotowaliśmy specjalną ofertę książek o Giro d'Italia. Obok niesamowitych biografii znajdziecie tam wspaniałe kompendium wiedzy: Giro d'Italia. Historia najpiękniejszego wyścigu kolarskiego świata. Wejdźcie do naszego sklepu, skompletujcie biblioteczkę i przygotujcie się na trzy tygodnie prawdziwego, kolarskiego święta!

Więcej

Najlepsi kolarze wszechczasów — ranking, legendy i nasza subiektywna ocena

Kto jest najlepszym kolarzem w historii? To jedno z tych pytań, które wśród kibiców potrafi rozkręcić wielogodzinną debatę. I dobrze — bo odpowiedź nie jest ani oczywista, ani jednoznaczna. W tym artykule zabierzemy Cię przez ranking stulecia, porównamy epoki, wypiszemy najlepszych sprinterów wszech czasów, sprawdzimy, jak wypadają współcześni mistrzowie, rzucimy okiem na polski akcent — a na końcu powiemy, kogo my, redakcja WKOŁO, postawilibyśmy najwyżej. I dlaczego. Ostrzegamy od razu: jeśli jesteś fanem Merckxa i ktoś Ci próbuje wmówić, że Pogačar już go przeskoczył — usiądź wygodnie. Jeśli jesteś fanem Pogačara i uważasz, że Coppi to prehistoria — też usiądź. Zaraz wszystkich po kolei pogodzimy. Albo przynajmniej spróbujemy. Dlaczego ranking najlepszych kolarzy jest tak trudny? Zanim padnie pierwsze nazwisko, trzeba się zmierzyć z pytaniem, które zwykle jest pomijane: co właściwie znaczy „najlepszy”? Jeśli „najlepszy” znaczy „najbardziej wydolny fizycznie”, to… przykra wiadomość dla romantyków: dzisiejsi kolarze zaplecza World Touru, o których nikt nie napisze biografii, pod względem surowych parametrów fizjologicznych (VO2max, moc na kilogram, efektywność metaboliczna) biją na głowę legendy sprzed pół wieku. To nie jest niczyja wina — to po prostu efekt kilkudziesięciu lat postępu w treningu, diecie, aerodynamice i medycynie sportowej. Gdyby Fausto Coppi z 1949 roku wystartował dziś na etapie Tour de France, z ówczesną formą prawdopodobnie skończyłby go w ogonie peletonu. Ale gdyby zaaplikować mu nowoczesny trening od szesnastego roku życia — to już zupełnie inna rozmowa. Jeśli „najlepszy” znaczy „najwięcej wygrał”, mamy inny problem: wygrywać można było więcej i łatwiej w erze, gdy peleton liczył połowę obecnego stanu, a konkurencja była mniej profesjonalna w skali globalnej. Eddy Merckx ma na koncie 525 zwycięstw zawodowych. Tadej Pogačar (stan na 2026 r.) zbliża się do setki. Czy to znaczy, że Merckx jest pięć razy lepszy? Nie — to znaczy, że jeździł w epoce, w której zawodowiec startował niemal w każdym wyścigu, jaki mu podsunięto. Dowód? Piszemy te słowa pod koniec kwietnia 2026 roku. Od początku tego sezonu Pogačar stanął na starcie zaledwie kilka razy, starannie selekcjonując cele. Eddy Merckx w jego wieku i w tym samym punkcie sezonu miałby już w nogach około 40 dni wyścigowych! Jeśli „najlepszy” znaczy „najbardziej popularny” — witamy w dziale publicystyki. Raymond Poulidor w rankingach punktowych nigdy nie był na szczycie, ale cieszył się we Francji statusem dobra narodowego. Marco Pantani nie zbliża się punktowo do Merckxa, a jest ikoną popkultury wykraczającą daleko poza sport. Jeśli wreszcie „najlepszy” znaczy „najwyżej w rankingu wszech czasów” — tu też czeka nas pułapka. Na liście Pro Cycling Stats w zestawieniu punktowym, Fausto Coppi zajmuje dopiero 12. miejsce. Niżej niż Alejandro Valverde czy Freddy Maertens. A mówimy o zawodniku, którego dominacja nad rywalami w swojej epoce była równie bezwzględna co dzisiejsze popisy Pogačara. Co się stało? Wybuchła II wojna światowa i Coppi, zamiast zbierać zwycięstwa w latach 1940–1945, spędził najlepsze lata kariery w mundurze, a po upadku Tobruku — w brytyjskim obozie jenieckim. To sześć straconych sezonów. Dlatego każdy ranking „wszech czasów” trzeba czytać z jedną ręką na sercu, a drugą na podręczniku do historii. TOP 10 Wszech Czasów według Pro Cycling Stats Pro Cycling Stats (PCS) to najbardziej respektowany serwis statystyczny w kolarstwie szosowym. Ich ranking punktuje wyniki we wszystkich wyścigach (z wagami zależnymi od rangi imprezy). Nie jest doskonały (faworyzuje erę z kompletnymi danymi), ale to najlepsze obiektywne narzędzie, jakim dysponujemy. Oto czubek tej listy (stan na kwiecień 2026): Eddy Merckx — 3859,8 pkt Sean Kelly — 2171,1 pkt Francesco Moser — 2129,2 pkt Roger De Vlaeminck — 2012,5 pk Bernard Hinault — 2006 pkt Alejandro Valverde — 1910,5 pkt Tadej Pogačar — 1905,8 pkt Jacques Anquetil — 1842,2 pkt Rik Van Looy — 1708,4 pkt Laurent Jalabert — 1576,3 pkt Jedno rzuca się w oczy od razu: Merckx ma prawie dwa razy więcej punktów niż drugi w zestawieniu Sean Kelly. To nie jest lekka przewaga — to przepaść. Ksywka „Kanibal” wcale nie była żartem. Druga rzecz: Tadej Pogačar, jeżdżący w zawodowym peletonie od niespełna dekady, już zameldował się w TOP 10. Jeśli Słoweniec utrzyma formę i zdrowie, bez trudu przeskoczy Seana Kelly'ego, a i dogonienie Merckxa nie jest matematycznie wykluczone. Najlepsi kolarze poszczególnych epok Ranking punktowy to jedno, ale prawdziwy smak kolarstwa poznaje się, porównując ludzi, którzy realnie ścigali się koło w koło. Lata 30. i 40. — Era Bindy, Girardenga i Coppiego To było kolarstwo surowe technologicznie (drewniane obręcze, 12-kilogramowe rowery, szutry zamiast asfaltu), ale brutalnie wymagające fizycznie. Alfredo Binda: Był tak dominujący, że organizatorzy Giro d'Italia w 1930 roku zapłacili mu, by nie startował, bo jego udział zabijał emocje. To fakt historyczny. Fausto Coppi („Il Campionissimo”): Chudy, blady, sprawiający wrażenie kruchego — a w górach odstawiał rywali na kilkanaście minut. To poziom dominacji, którego punkty po prostu nie oddają. [zobacz biografię Fausto Coppiego — „Upadły anioł kolarstwa”] Gino Bartali: Dwukrotny zwycięzca Tour de France. W 1948 r. jego wygrana w TdF dosłownie uspokoiła we Włoszech polityczne wrzenie po zamachu na Palmiro Togliattiego. Lata 50. i 60. — Era Anquetila, Van Looya i Poulidora Jacques Anquetil: Pierwszy kolarz, który wygrał Tour de France pięć razy. Zimny, metodyczny specjalista od czasówek. Raymond Poulidor: Francuz, który nigdy nie założył żółtej koszulki, a mimo to został narodowym bohaterem. Jego walka z Anquetilem na Puy de Dôme w 1964 roku to jedno z najbardziej ikonicznych zdjęć w historii sportu. Rik Van Looy: Pierwszy kolarz z triumfami we wszystkich pięciu kolarskich monumentach. Felice Gimondi: Jeden z zaledwie siedmiu kolarzy w historii z kompletem zwycięstw w Tourze, Giro i Vuelcie. Pech chciał, że trafił na erę Merckxa i często musiał zadowalać się drugim miejscem. Lata 70. — Era Kanibala Eddy Merckx: I długo, długo nikt. Pięć razy Giro, pięć razy Tour, Vuelta, 3 mistrzostwa świata, dziesiątki wygranych klasyków. Wygrywał wszystko. [zobacz biografię Merckxa] Roger De Vlaeminck („Il Gitano”): Genialny specjalista od klasyków, czterokrotny triumfator Paryż–Roubaix. Lata 80. — Era Hinaulta, Kelly'ego i LeMonda Bernard Hinault („Borsuk”): Ostatni Francuz, który wygrał Tour de France (1985 r.). Sean Kelly: Facet, który wygrywał Paryż–Nicea w marcu i Il Lombardia w październiku. Startował i wygrywał wszędzie, stąd tak wysokie miejsce w rankingu wszech czasów. Greg LeMond: Amerykanin, który przełamał europejski monopol. Zwycięzca TdF 1989 przewagą zaledwie 8 sekund — najmniejszą w historii wyścigu. Lata 90. i początek XXI wieku — (Nie)słynna EPOka To czas, w którym powszechny doping nakazuje z większym dystansem patrzeć na wyniki. Miguel Induráin: Olbrzym o niesamowitej pojemności płuc, dominator jazdy na czas i pięciokrotny triumfator TdF. Marco Pantani („Pirat”): Najgenialniejszy góral swojej generacji, autor dubletu Giro–Tour w 1998 roku. Tragiczna, poruszająca postać. Jan Ullrich: Zwycięzca TdF z 1997 roku, wielki talent, który nie poradził sobie z ciężarem sławy. [zobacz biografię Jana Ullricha] Lance Armstrong: Pozbawiony siedmiu tytułów TdF po ujawnieniu największego systemu dopingowego w historii sportu. Era współczesna (od 2010) — Froome, Nibali, Roglič i Pogačar Chris Froome (4x TdF) i Vincenzo Nibali (komplet zwycięstw w Grand Tourach) zdominowali poprzednią dekadę. Ostatnie lata to z kolei era fenomenów takich jak Mathieu van der Poel (mistrz świata na szosie i w przełajach), Jonas Vingegaard czy wszechstronny Primož Roglič. I wreszcie on: Tadej Pogačar. O nim piszemy szerzej w podsumowaniu. Najlepsi kolarze XXI wieku (aktywni i niedawni emeryci) Zostawiając na chwilę historyczne zestawienia, spójrzmy na czołówkę punktacyjną kolarzy naszej ery – zarówno tych, którzy niedawno zawiesili rower na kołku (jak Valverde, Sagan czy Cavendish), jak i tych, którzy wciąż piszą historię. Kolejność punktowa PCS to imponujący przekrój współczesnego peletonu: Alejandro Valverde (zakończył karierę w 2022) — 1910,5 pkt Tadej Pogačar (wciąż aktywny) — 1905,8 pkt Peter Sagan (zakończył szosową karierę w 2023) — 1387,8 pkt  Primož Roglič (wciąż aktywny) — 1277,6 pkt Mark Cavendish (zakończył karierę w 2024, rekordzista 35 wygranych etapów TdF) — 1195,4 pkt Alberto Contador — 1076,9 pkt Remco Evenepoel (wciąż aktywny) — 1018,9 pkt Dla wciąż ścigających się Pogačara, Evenepoela czy Vingegaarda ta klasyfikacja to wciąż otwarty rozdział. Najlepsi sprinterzy wszech czasów Sprint to osobny gatunek kolarstwa. Ciężko ich porównywać z „góralami”, ale ich osiągnięcia w wyścigach jednoetapowych budzą gigantyczny szacunek. Nasza subiektywna dziesiątka króli finiszu to: Mark Cavendish Mario Cipollini Erik Zabel Freddy Maertens Rik Van Looy Sean Kelly Peter Sagan Alessandro Petacchi Marcel Kittel Jasper Philipsen (Polecamy fragment książki „Jak się wygrywa wyścigi kolarskie” poświęcony sprinterskim szachom!) Polski akcent Polska nie jest globalną potęgą, ale mamy w historii kolarzy z absolutnego topu. Najwyżej w rankingu PCS (129. miejsce) znajduje się Michał Kwiatkowski — Mistrz Świata 2014, zwycięzca Mediolan–San Remo 2017. Gdyby nie praca w roli luksusowego pomocnika w Team Sky/INEOS, jego indywidualne konto byłoby jeszcze bogatsze. Zaraz za nim błyszczy Rafał Majka — dwukrotny zwycięzca klasyfikacji górskiej TdF i trzeci kolarz hiszpańskiej Vuelty. Z legend przeszłości należy wyróżnić Ryszarda Szurkowskiego (trzykrotnego mistrza świata amatorów — indywidualnie i drużynowo), Zenona Jaskułę (podium TdF 1993) czy Czesława Langa i Lecha Piaseckiego. Werdykt redakcji WKOŁO Obiecaliśmy odpowiedź, więc nie uciekamy. Ponieważ pytanie jest wielowymiarowe, nasz werdykt też składa się z dwóch części. Biorąc pod uwagę czasy, epokę, konkurencję i historyczny kontekst — najlepszymi kolarzami wszech czasów są ex aequo Fausto Coppi i Eddy Merckx. Coppi za bezwzględną dominację i talent, którego punktowo nie widać przez II wojnę światową. Merckx za to, że swój czas wykorzystał bez skrupułów, zostawiając po sobie dystans statystyczny, z którym do dziś mało kto potrafi dyskutować. Natomiast pod kątem czysto fizycznym, wydolnościowym i atletycznym — najlepszym kolarzem, jaki kiedykolwiek usiadł na siodełku, jest Tadej Pogačar. To nie opinia, to fizjologia. Jego liczby (VO2max rzędu 90 ml/kg/min, moce powyżej 6,8 W/kg) to parametry niedostępne dla dawnych mistrzów. Czy to czyni go historycznie „większym” od Merckxa? Nie. Czyni go po prostu najpotężniejszym atletą w dyscyplinie, która dziś wygląda zupełnie inaczej niż w 1970 roku.

Więcej

Pierwszy cyborg w historii kolarstwa. Dlaczego Eddy Merckx był "półczłowiekiem"?

Gdy myślimy o Fausto Coppim, widzimy elegancję i kruchość. Gdy myślimy o Eddym Merckxie, widzimy czystą, brutalną siłę. Widzimy "Kanibala", który pożerał rywali na śniadanie, nie zostawiając nawet okruchów. Ale czy człowiek zdolny do tak nieludzkiej dominacji był... w pełni człowiekiem? Tytuł jego biografii, "Półczłowiek, półrower", to nie jest tylko chwytliwe hasło. To najdokładniejsza diagnoza medyczna w historii sportu. Jeśli historia Coppiego była dramatem o relacji mistrz-uczeń, to historia Merckxa jest thrillerem science-fiction, który wydarzył się naprawdę. To opowieść o pierwszym w historii kolarstwa cyborgu. O chwili, w której granica między tkanką mięśniową a stalową ramą roweru przestała istnieć. Terminator z Belgii W przeciwieństwie do Coppiego, Merckx nie potrzebował niewidomego guru, który szeptem zapewniałby go o jego wielkości. Eddy nie miał zewnętrznego cienia – on sam rzucał cień tak wielki, że przykrywał cały peleton lat 70. Jego napęd znajdował się w jego wnętrzu. Był to nienasycony, niemal patologiczny głód zwyciężania. Nie wystarczyło wygrać Tour de France. Trzeba było wygrać klasyfikację generalną, górską, punktową i przy okazji zgarnąć każdy etap, który był w zasięgu. Współcześni mu kolarze opisywali go jako zjawisko przyrodnicze, siłę, której nie da się zatrzymać. Patrzyli na niego nie z podziwem, ale z lękiem. Jak walczyć z kimś, kto nie odczuwa bólu tak jak inni i kto nigdy nie ma dość? Obsesja milimetrów Jednym z najbardziej fascynujących wątków w książce "Półczłowiek, półrower" jest opis relacji Merckxa z jego maszyną. To nie była tylko miłość do sprzętu. To była neurotyczna obsesja na punkcie idealnej symbiozy. Legendarne stały się historie o tym, jak Eddy potrafił zatrzymać się w trakcie wyścigu – albo, co gorsza, w trakcie kluczowej ucieczki – by wyciągnąć klucz imbusowy i podnieść siodełko o milimetr. Potem jechał dalej, by za dziesięć kilometrów obniżyć je o pół milimetra. Mechanicy kadry belgijskiej dostawali białej gorączki. Ale dla Merckxa to nie była fanaberia. On po prostu dostrajał swoje ciało-maszynę. Jeśli nie czuł się "jednością" z rowerem, nie mógł funkcjonować na swoich boskich obrotach. Ciężar bycia kolarskim Bogiem Biografia Belga nie ucieka też od drugiej strony medalu. Jaką cenę płaci psychika człowieka, od którego świat oczekuje wyłącznie zwycięstw? Bycie "Kanibalem" to potworna presja. Dla Merckxa drugie miejsce nie było porażką – było katastrofą, końcem świata. Książka pokazuje go w momentach rzadkiej słabości, kiedy maszyna się zacinała. Kiedy po feralnym uderzeniu przez kibica na Puy de Dôme coś w nim pękło. To fascynujące studium psychiki kogoś, kto wszedł na szczyt wyższy niż jakikolwiek inny sportowiec i musiał tam trwać, samotny w swojej doskonałości. Dlaczego musisz przeczytać tę książkę? Jeśli biografia Coppiego to romantyczna opera, to historia Merckxa jest mocnym, rockowym koncertem. To lektura obowiązkowa, by zrozumieć, czym jest absolutna dominacja w sporcie. To nie jest opowieść o watach na kilogram, ale o mentalności, która pozwala przekraczać granice ludzkiej wytrzymałości. "Półczłowiek, półrower" zabierze Cię w podróż do umysłu geniusza i potwora w jednej osobie. Zrozumiesz, dlaczego do dziś, gdy ktoś wygrywa zbyt często, mówimy, że "jeździ jak Merckx". Chcesz zajrzeć w umysł "Kanibala"? Niesamowitych anegdot o obsesjach Merckxa, jego rywalizacji z Ocañą i kulisach największych tourów jest znacznie więcej. Poznaj historię kolarza wszech czasów. ZAMÓW KSIĄŻKĘ: PÓŁCZŁOWIEK, PÓŁROWER →

Więcej

Waty czy ciastka? Dlaczego "Coffee Ride" to najważniejsza jednostka treningowa, jakiej nie robisz.

Spójrz na swój licznik. Co tam masz? Waty, tętno, kadencję, średnią prędkość, nachylenie, strefę mocy... A teraz spójrz dookoła. Widzisz te pola? Czujesz zapach lasu? Czy tylko pilnujesz, żeby cyferki się zgadzały? Kolarstwo amatorskie wpadło w pułapkę. Dzięki technologii wszyscy staliśmy się własnymi trenerami. Wyjeżdżamy na niedzielną przejażdżkę, ale w głowie mamy wyścig World Touru. Mamy wyrzuty sumienia, gdy stajemy na kawę, bo "średnia spadnie". Jemy chemiczne żele, bo "szybciej się wchłaniają", zamiast normalnego jedzenia. A gdyby tak... przestać? Gdyby uznać, że rower nie służy do generowania watów, ale do generowania szczęścia? Buntownik z wyboru (i z apetytem) W świecie zdominowanym przez kult cierpienia (ang. sufferfest), potrzebujemy nowego bohatera. A właściwie bohaterki. Felicity Cloake, brytyjska dziennikarka kulinarna, zrobiła to, o czym wielu z nas marzy po cichu. Wsiadła na rower i ruszyła w trasę dookoła Francji. Przejechała 2300 kilometrów – dystans godny Wielkiej Pętli. Ale jej celem nie była Żółta Koszulka Lidera. Jej celem było znalezienie idealnego croissanta. "Jeździć na rowerze po Francji i nie jeść, to jak iść do Luwru w opasce na oczach. To grzech przeciwko kulturze." Dlaczego potrzebujesz tej książki? Książka "Jeszcze jeden croissant na drogę" (tyt. oryg. One More Croissant for the Road), której polskie wydanie właśnie zapowiadamy, to antyteza podręczników treningowych. Nie znajdziesz tu planów na podniesienie FTP. Znajdziesz za to: Pochwałę powolności: Felicity udowadnia, że z perspektywy siodełka widać więcej niż z okna samochodu – pod warunkiem, że nie jedziesz "w trupa". Walkę z grawitacją: To nie jest książka o superbohaterce. To opowieść o kimś, kto poci się na podjazdach, przeklina wiatr w twarz i marzy o końcu etapu. Brzmi znajomo? Smak: Każdy z 21 etapów to polowanie na lokalny specjał. Od Tarte Tatin, przez Cassoulet, aż po sery, których nazw nie potrafimy wymówić. Coffee Ride to nie zbrodnia Ta książka uczy nas, amatorów, jednej ważnej rzeczy: nagroda należy się nie tylko za wynik, ale za sam wysiłek. Zatrzymanie się w połowie trasy na kawę i ciastko to nie jest "strata czasu treningowego". To jest sens jazdy na rowerze. To moment, w którym ładujesz baterie – nie te w nogach, ale te w głowie. Jeśli czujesz, że Twoje kolarstwo stało się drugą pracą. Jeśli stresujesz się, gdy nie zrobisz treningu. Jeśli zapomniałeś, jaką frajdę daje wiatr we włosach – ta książka jest dla Ciebie terapią. 🥐 Zapisz się na listę oczekujących! Premiera książki "Jeszcze jeden croissant na drogę" zaplanowana jest na 12 kwietnia 2026 roku. To będzie idealna lektura na regenerację. 👉 ZOBACZ ZAPOWIEDŹ

Więcej

Mit bazy tlenowej. Jak trenować kolarstwo mając 6h tygodniowo?

W świecie kolarstwa panuje stara, nienaruszalna zasada: "Żeby jeździć szybko, musisz najpierw jeździć wolno". Trenerzy od lat powtarzają: zimą buduj bazę. Długie, spokojne rozjazdy w strefie 2. Przez 3, 4, a nawet 5 godzin. Brzmi pięknie, prawda? Jest tylko jeden problem. To metoda dla zawodowców, którzy nie chodzą do pracy. Jeśli jesteś amatorem, który ma pracę na pełen etat, rodzinę i kredyt, tradycyjne "budowanie bazy" jest dla Ciebie nie tylko nieskuteczne. Jest szkodliwe. Nazywamy to syndromem "Pustych Kilometrów". Pułapka Czasu (Time-Crunched Paradox) Fizjologia jest brutalna. Aby organizm zaadaptował się do wysiłku (i podniósł Twój próg FTP), potrzebuje bodźca. Bodziec to iloczyn objętości i intensywności. Oto jak wygląda to na przykładzie dwóch kolarzy: Zawodowiec - w miesiącach zimowych ma niską intensywność, ale ogromną objętość (25h tygodniowo). To daje potężny bodziec. Amator (czyli Ty) - zimą masz niską objętość (np. 6h tygodniowo). Jeśli dołożysz do tego niską intensywność ("robienie bazy"), Twój bodziec staje się bliski zeru, co zamiast na postęp, przekłada się na regresję. Jeżdżąc powoli przez 6 godzin w tygodniu, nie budujesz formy. Po prostu... jeździsz powoli. Tracisz czas, który mógłbyś spędzić z rodziną, a wiosną i tak zostajesz z tyłu na pierwszej większej górce. Rozwiązanie? Odwróć piramidę Amerykański trener Chris Carmichael (człowiek, który trenował Lance'a Armstronga i kadrę olimpijską), zauważył ten problem już dekadę temu. Zgłaszali się do niego byli zawodnicy, którzy podjęli pracę w korporacjach. Mieli tylko 6-8 godzin tygodniowo. Carmichael opracował dla nich metodę TDZ (trening dla zapracowanych; ang. Time-Crunched Training). Zasada jest prosta: Skoro nie mamy czasu na objętość, musimy drastycznie podnieść intensywność. "Zapomnij o długich wyjeżdżeniach w tlenie. Jeśli masz godzinę, musisz wycisnąć z niej maksa. Interwały, intensywność progowa, VO2Max. To boli bardziej, ale działa cztery razy szybciej." Czy to bezpieczne? Wielu kolarzy boi się, że "zajadą się" taką intensywnością. Książka Carmichaela wyjaśnia, jak robić to mądrze. Kluczem jest regeneracja i periodyzacja. Program "dla zapracowanych" nie trwa cały rok – jest ułożony w krótkie bloki, skrojone pod konkretne wyścigi lub ustawki. Efekt? Kolarze trenujący 6 godzin na tydzień wg metody Carmichaela często generują wyższe waty (W/kg) niż ich koledzy "tłukący kilometry" przez 12 godzin tygodniowo. To tryumf nauki nad tradycją. Gotowy plan działania? Nie musisz układać treningów sam. W książce znajdziesz gotowe rozpiski "krok po kroku" na kilka, góra kilkanaście tygodni – dla szosowców, górali (MTB) i tych, którzy szykują się do ultramaratonów. Przestań marnować czas na treningu Zamiast zgadywać, zacznij trenować mądrze. Ta książka to "biblia" dla każdego, kto ma więcej obowiązków niż wolnego czasu. DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ →

Więcej

Niewidomy prorok i jego mistrz. Niezwykła historia człowieka, który "stworzył" Fausto Coppiego

Gdy myślimy o Fausto Coppim – największym "Campionissimo" w historii kolarstwa – widzimy szczupłą, elegancką sylwetkę na błękitnym rowerze Bianchi. Widzimy tłumy wiwatujących Włochów i słynne zdjęcie z bidonem podawanym Bartalemu. Ale za każdym wielkim mistrzem stoi cień. W przypadku Coppiego ten cień był dosłowny. Nazywał się Biagio Cavanna i był niewidomy. Jeśli wychowaliście się na filmie Karate Kid, relacja Coppi-Cavanna wyda wam się dziwnie znajoma. Mamy tu surowego mistrza z tajemną wiedzą i młodego, nieoszlifowanego adepta. Tyle że ta historia wydarzyła się naprawdę, w kurzu włoskich szos lat 40., a stawką nie był puchar turnieju karate, ale przejście do historii. Miyagi z Piemontu Biagio Cavanna nie był typowym trenerem. Był byłym bokserem i kolarzem torowym, postacią mroczną i fascynującą. Wzrok stracił w wyniku nieleczonej choroby wenerycznej, co w katolickich Włoszech tamtych czasów było tematem tabu, ale dodawało mu aury człowieka, który "widział i przeżył zbyt wiele". Nie mogąc patrzeć na świat oczami, nauczył się go "czuć" dłońmi. Został masażystą. Ale nazwanie Cavanny masażystą, to jak nazwanie Michała Anioła malarzem pokojowym. W swojej szkole w Novi Ligure w południowych Włoszech stworzył coś na kształt kolarskiego klasztoru. To on wyłowił z tłumu drobnego, chorowitego chłopaka o dziwnej budowie ciała – nienaturalnie wielkiej klatce piersiowej i chudych jak patyki nogach. Inni eksperci skreślali Fausto, twierdząc, że jest zbyt kruchy. Cavanna "zobaczył" w nim silnik Ferrari ukryty w karoserii Fiata. Oczy w dłoniach i wątroba mistrza Najbardziej fascynującym wątkiem w biografii Coppiego są niemal mistyczne rytuały, jakie odbywały się w gabinecie Cavanny. Niewidomy "Czarodziej" (jak go szeptem nazywano w peletonie) nie potrzebował badań wydolnościowych, pomiaru mleczanu ani watomierzy. Jego narzędziem diagnostycznym był dotyk. Świadkowie tamtych czasów opisywali sceny, w których Cavanna ugniatał mięśnie Fausto po morderczym etapie Giro d'Italia. Przesuwał palcami po udach, sprawdzał napięcie skóry i – co było jego obsesją – stan wątroby. W dawnym kolarstwie wierzono, że to wątroba jest "piecem" kolarza. Po kilku minutach ciszy Cavanna wydawał wyrok: "Jutro zaatakujesz na Pordoi. Twoja wątroba pracuje idealnie, mięsień jest luźny. Wygrasz z przewagą trzech minut." Coppi, mimo że na szosie był terminatorem, prywatnie był człowiekiem kruchym psychicznie, pełnym wątpliwości i lęków. Potrzebował przewodnika. Jeśli Cavanna mówił, że jest forma – Fausto wierzył w to bezgranicznie i wygrywał. To była symbioza totalna. "La Bomba" i mroczna strona legendy Książka "Fausto Coppi - Upadły anioł kolarstwa" nie ucieka od tematów trudnych. Relacja z Cavanną miała też swoje mroczne dno. To były czasy, w których doping nie był ścigany tak jak dziś – był raczej "publiczną tajemnicą". Cavanna był alchemikiem peletonu. To on komponował słynną La Bombę – miksturę, która miała pomagać kolarzom przetrwać nieludzki wysiłek etapów liczących po 300 kilometrów. Coppi w słynnym wywiadzie zapytany o to, czy bierze La Bombę, odpowiedział: "Tylko wtedy, kiedy jest to konieczne". A zapytany, jak często jest to konieczne, odparł z rozbrajającą szczerością: "Prawie zawsze". Kobieta, która zniszczyła układ Każda dobra historia potrzebuje punktu zwrotnego. W tym dramacie była nim "Biała Dama" – Giulia Occhini. Wielka, zakazana miłość Coppiego. Gdy Fausto zakochał się w zamężnej kobiecie, Cavanna wpadł w szał. Stary mistrz wyznawał zasadę mnicha: kolarz musi cierpieć, a kobiety "zmiękczają nogi". Dlaczego musisz przeczytać tę książkę? Historia Coppiego i Cavanny to dowód na to, że kolarstwo to coś więcej niż waty i karbon. To sport herosów, dramatów i wielkich namiętności. Aby zrozumieć dzisiejszy peleton, trzeba poznać jego fundamenty. Biografia Fausto Coppiego to nie jest suchy zapis wyników. To epicka powieść faktu, która zabierze Cię w podróż do czasów, gdy kolarze byli bogami, a ich masażyści – prorokami. Chcesz poznać więcej takich historii? Smaczków o Cavannie, Bartalim i Białej Damie jest znacznie więcej. Zamów książkę i przenieś się do złotej ery kolarstwa. ZAMÓW KSIĄŻKĘ: UPADŁY ANIOŁ KOLARSTWA →

Więcej