Zimowo na Chełm

Już od dłuższego czasu towarzyszył mi chwiejny nastrój – albo nie mogłem usiedzieć, albo nie chciało mi się wstać. Przyczyna tego stanu jest oczywista – zaburzona gospodarka rowerowa. Takie już jest to życie z cyklozą. Koniec z wymówkami (brak czasu, pogoda… i jeszcze ten smog). Najwyższa pora na porządną przejażdżkę. Pankracy planuje konkretną trasę i w niedzielę wyruszamy na górę Chełm.

Część właściwa

Zbiórka nieco później niż zwykle bo o 5:45, także spokojnie można było pospać do 4:30. Piję kawę, robię termos herbaty, w międzyczasie wcinam płatki i w drogę. Na miejscu jestem nieco wcześniej. Zrzucam z siebie warstwę ciuchów, gdyż okazało się, że nie jest tak zimno jak myślałem. Po chwili wypatruję Pankracego i startujemy.

Na początek czeka nas smogowa inhalacja w okolicznych wioskach, ale jakoś dajemy radę. Jedzie się świetnie, wreszcie zaczynam czuć nowy rower i wtedy na jednym ze zjazdów o mały włos a zaliczyłbym poważną glebę. Nie zauważyłem uskoku wzdłuż drogi, a następne co spostrzegłem to asfalt w kolorze czarny metalik. Ratunku! Hamulec, poślizg, hamulec – udało się, do tej pory nie wiem jak. Dalej postanowiłem jechać nieco rozważniej.

Jeszcze kilka kilometrów przed Myślenicami robi się jasno. Przekraczamy zakopiankę przez prowizoryczną budowlaną kładkę i już jesteśmy w tym miasteczku. Tutaj sporo chłodniej, ale przed nami podjazd, który, jak podejrzewam, nie da nam się wychłodzić. Znam go dosyć dobrze, lecz jak dotąd nie udało mi się być tutaj o tej porze roku. Ośnieżone drzewa tworzą zjawiskowy klimat. Na wysokości zabudowań na drodze jest ciągle trochę śniegu, tu będzie trzeba uważać na zjeździe. Robimy krótką przerwę na zdjęcia i podążamy na szczyt, zanim skostnieją nam stopy. Już wcześniej mijając tablicę z godzinami otwarcia wyciągu straciliśmy nadzieję na otwartą kawiarnię – na szczęście mamy ze sobą herbatę. Tymczasem na szczycie niespodzianka! Otwarte. Już jesteśmy myślami w środku, kiedy z kawiarni wychodzi uprzejmy jegomość i z szerokim uśmiechem wypytuje nas o szczegóły wycieczki. Dorzuca ponadto swoją opowieść, która zdaje się trwać wieczność. Nim skończy, nie czuje już stóp. Udało się. Pędzimy zainstalować się przy stoliku. Pijemy gorącą kawę, wyjadamy zapasy i rozmawiamy o planach na ten rok. Pojawia się kilka całkiem ciekawych propozycji.

Pora wracać. Rozgrzani z lekkimi oporami wychodzimy na zewnątrz. W oczach narciarzy widzę szok i zdziwienie, w oczach Pankracego furię – trochę zmarzł i biega z rowerem 😉 Jest już całkiem słonecznie, nad Krakowem unosi się piękna siwa chmurka, łapiemy więc jeszcze kilka świeżych oddechów, zanim znajdziemy się w jej zasięgu.

Droga w dół mija szybko i bezpiecznie poza jednym z zakrętów, na którym pewien kierowca postanowił jechać pod prąd – od razu się rozgrzałem. Następne kilometry mijają również sympatycznie, niebieskie niebo i ciepłe słońce dodają energii – a tej trochę brakuje bo obaj wzięliśmy za mało jedzenia. Przed Świątnikami robimy jeszcze postój na łyk herbaty i wspinamy się na ostatnią tego dnia większą górkę .  Dalsza droga to zjazd przerywany nielicznymi fałdkami prowadzący nas do Swoszowic – tutaj zaczyna się Kraków.

Epilog

Powrót na lekkim głodzie powoduje, że rozmarzam się o jedzeniu. Puszczam wodze fantazji i tak krystalizuje się kulinarny cel. Pączki. I to nie byle jakie. Postanawiamy dorobić trochę kilometrów do setki i wstąpić po słynne pączki ze Starowiślnej (to samo miejsce co słynne lody). Pankracemu ten plan od razu przypada do gustu, świadczy o tym mokra stróżka na jego brodzie – jedziemy! Kto zna mój fart ten już wie, że docelowe miejsce musi być zamknięte. Szybkie poszukiwania w głowie i.. „oczywiście – Michałek”. Ruszamy więc w kierunku kolejnego pączkowego punktu – też zamknięte, oczywiście. O zgrozo! Pomysły się kończą, na trasie jeszcze jedna piekarnia – otwarte, ale „nie mamy pączków”. Asekuracyjnie postanawiamy kupić przeciętne pączki z Buczka. Pankracy na tym poprzestaje i rusza w kierunku domu. Ja się nie poddaje i z nadzieją na smakowitszy kąsek, zahaczam po drodze o piekarnię na pobliskim placu. Jakże by inaczej, tam również pocałowałem klamkę. Pozostaje zadowolić się pączkami z sieciówki. Tak oto dobiłem do pierwszej setki w tym roku, a i przeciętny pączek po takich poszukiwaniach nie smakował najgorzej. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *