Sołtysi Dział, Koskowa Góra

Mało brakowało, a tej niedzieli zostałbym w domu. Intensywny tydzień, w którym nie wyspałem swojej normy, a do tego dezercja wśród towarzyszy. W ostatniej chwili dałem się namówić Kawernie i w sobotę wieczorem zapadła decyzja o wspólnej przejażdżce nazajutrz. Kolega wspaniałomyślnie dał mi pospać, ustalając godzinę startu o 8:00.

Mimo późniejszej niż zazwyczaj pobudki, dźwięk budzika nie wywołał we mnie entuzjazmu. Otworzyłem jedno oko – drugie wcale nie miało na to ochoty – i mechanicznie, w półśnie wystukałem sms do Kawerny „Sorry, nie mogę się zwlec, zostaję”. Coś jednak nie dawało mi zapaść ponownie w głęboki sen. Zaspany wyjrzałem za okno – szaro, wietrznie, zimno – to pomogło mi usprawiedliwić przed sobą postanowienie nie ruszania się z łóżka. Jednak po kilku minutach tajemnicze „coś” ponownie dało o sobie znać. Wyskoczyłem z pościeli jak poparzony, karcąc się w duchu za chwilową opieszałość i prawie ulegnięcie pokusie wylegiwania się do południa. W biegu wypiłem kubek kawy, szczotkując zęby jednocześnie zrobiłem kanapki na drogę i wysłałem błagalny SMS koledze „Czekaj! Już jadę”. Przygotowałem jeszcze termos z herbatą i wybiegłem z domu. Sama wycieczka wyglądała następująco:

Cały zziajany dojeżdżam na miejsce spotkania, przepraszam kolegę za ociąganie się i ruszamy w kierunku Skawiny. Wieje solidnie, ale dzięki temu można zapomnieć o smogu. Powietrze jest krystalicznie czyste, widoczność tak dobra, że już na pierwszej górce zachwycamy się widokiem na Tatry i Babią Górę. Kawerna prowadzi nieznaną mi wcześniej drogą omijającą Radziszów, na której tak ładnie widać góry, że postanawiam zrobić zdjęcie. A tu fiasko, padła karta SD, a druga, z pośpiechu, została w domu. Na szczęście Kawerna ma swój aparat (pozwala mi użyć jego zdjęć w relacji – dzięki!), a ja za to nastawiam się na robienie „mental pictures”.

Spokój zaburza kilkukilometrowy odcinek krajówki, którą musimy pokonać zanim odbijemy w stronę Sułkowic, a dalej Harbutowic. Ruch jest całkiem spory, spoglądam na zegarek – wszystko jasne, godzina kościelna. Niedzielny ruch na wiejskich drogach jest specyficzny – albo go nie ma, albo – w powszechnie znanych godzinach – jest większy niż w tygodniu. Często trzeba też uważać na zataczających się panów – prawdopodobnie w za ciasnych butach ;).

W Harbutowicach, skąd zaczyna się podjazd na Sołtysi Dział (nazywany przez kolarzy chujówką). Przerwa na małe co nieco – ciepła herbata i kanapka to jest to czego mi trzeba – po czym ruszamy. Wstyd przyznać, ale nie miałem wcześniej okazji tędy jechać. Poznawanie nowej trasy dodaje mi energii, pierwsze kilometry idą więc gładko. Dopiero końcowe dwa, trzy kilometry zmuszają mnie do cięższej pracy. Jest stromo, miejscami chyba ponad 18%. Na górze jako nagroda, ładny widok i zjazd do Bieńkówki – miejscami dosyć ostry.

Teraz pora na gwoźdź programu – podjazdo-podejście na Koskową Górę. Okolica jest sielska, mijamy ostatnie zabudowania, a z gór, wzdłuż ścieżki spływa strumyk. O ile początek drogi jest jeszcze w miarę przejezdny to po przekroczeniu strumienia zmusza do prowadzenia, a nawet niesienia roweru. Jest trochę lodu, śniegu i wiele dużych kamieni, dodatkowo miejscami jest na prawdę stromo. Mimo tych przeszkód przemarsz nie jest uciążliwy, umilają go opowieści Kawerny. Wkrótce docieramy na szczyt, z którego znów Tatry widać jak na dłoni. Nie zabawiamy tu długo gdyż wiatr staje się wyraźnie zimniejszy. Robimy pamiątkowe zdjęcie, dojadamy zapasy i kierujemy się na drogę powrotną.

Prawie trzydzieści kilometrów zjazdu i już jesteśmy w Myślenicach. Kawerna zapoznaje mnie z Marylin Monroe i proponuje wypić gdzieś kawę i zjeść ciastko –  i jak tu odmówić? Sama słodycz 😉 Pozwólcie, że tę część historii tylko zilustruję.

Po tak udanym postoju, pora na pokonanie kilka pagórków na drodze do domu. Tym razem postanawiamy jechać przez Olszowice i Mogilany. W tych drugich, jeszcze raz podziwiamy widok na Tatry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *