Śnieżne Kudłacze i Lubomir

Dźwięk budzika, 4:20. W niedzielę? To może oznaczać tylko jedno – wycieczkę rowerową!

W sobotę wspólnie z Pankracym ustalamy, że należy dalej trzymać się planu podjazdowo-schroniskowego i jako główny cel wybieramy Kudłacze. Tym razem mi przypada szczegółowe planowanie trasy, z czego ogromnie się cieszę. Zamierzam poprowadzić ją tak, aby chłopaki mieli co wspominać (po tym jak dołączył do nas Tysek, mamy trio).

Za punkt startowy obrałem skrzyżowanie Zawiłej i Kobierzyńskiej gdzie umówiliśmy się o 5:40. Już podczas dojazdu na miejsce widzę w oddali silnie migająca czerwona lampkę – to musi być Pankracy i jego oślepiający wally. Nie gonię go, ponieważ i tak za kilkaset metrów sam się zatrzyma. Na miejscu czekamy chwilkę na Tyska i podczas tych kilku minut zauważam, że jest sporo zimniej niż ostatnim razem. Licznik Pankracego wskazuje -10 stopni – brrr. Jest i Tysek – jedziemy.

Początek drogi przebiega bardzo spokojnie. Jest pełnia, albo dzień po, i księżyc daje bardzo dużo światła. Przez ostatnie kilka dni było też wyjątkowo sucho, więc asfalt jest w świetnym stanie, jak na tą porę roku. Przejażdżkę starałem się wytyczyć tak, żeby nie dublować wycieczki na Chełm – wszak Kudłacze to zbliżony kierunek (okolice Myślenic). Podążamy zatem w stronę Skawiny, jednak zamiast przejeżdżać przez miasto, proponuję podjazd w Chorowicach – przyda się nam mała rozgrzewka. Obserwuję pierwsze zmiany w kolorze budzącego się nieba, a na zmrożonych polach, szukające czegoś do zjedzenia sarny. Nie zatrzymujemy się na długo, gdyż bezruch prędko wychładza – najbardziej doskwierają stopy i dłonie. Niestety szanse na szybkie rozgrzanie są marne, gdyż czeka nas zjazd do Radziszowa – całkiem długi, bardzo stromy i lodowaty. Mniej więcej w połowie jego długości wyłania się widok na przeciwległą okolicę, która przez moment (wskutek złudzenia optycznego) wygląda jak ściana.

Dalsze krajobrazy są również ciekawe. Droga poprowadzona jest dolinką, którą przepływa rzeka Skawinka. W Krzywaczce przecinamy krajówkę, i chwilę później asfalt zmienia się w szutrową, a raczej lodowo-szutrową, ścieżkę – jednak nie mamy najmniejszego problemu z jej przejazdem.Chłopaki zaczynają rozmawiać o porze wstawania swoich pociech, przyśpieszam więc zanim wejdą na tematy pieluch. Odcinek ten przypadł do gustu Pankracemu, więc przemilczam fakt i nie zdradzam mu, że za chwilę wylądujemy/znajdziemy się na takim, który mu się nie spodoba.

Kolejny zjazd i ponowna zmiana otoczenia. Natrafiamy na drogę równoległą do zakopianki, a po chwili na pobocze tej drogi. W pewnym momencie musimy przejść nad strumykiem. Chłopaki (skoro już zeszliśmy z rowerów) postanawiają coś szybko zjeść, a ja w tym czasie rozgrzewam mocno skostniałe stopy. Wracamy na pobocze i tak już, aż do Myślenic, które szybko przecinamy i znów jedziemy równolegle do S7’ki. Jest to najnudniejszy odcinek trasy, na szczęście znaczną jego część jedziemy drogą równoległą do ekspresówki, oddzieloną ekranami.

Dalsze kilometry są jednak niezmiennie płaskie i trochę nużące. Z prawej strony zarośnięty drzewami brzeg Raby, z lewej – tej ciekawszej – głównie pola, jakiś tartak, a w oddali majaczą góry, zza których wychyla się nieśmiało poranne słońce. Wkrótce dojeżdżamy do Pcimia, skąd zaczyna się najciekawsza część wycieczki – podjazd.

Podobnie jak podjazd na Chełm, tak i ten nie jest mi obcy. I tak samo jak tam, tak i tu nie byłem jeszcze na rowerze zimą. Niemniej jednak, nawet przez myśl mi nie przyszło, że mogę mieć z nim jakieś problemy. Tymczasem, choć na pierwszych kilometrach nachylenie jest niewielkie, szybko się męczę, a koledzy zmieniają się w coraz to mniejsze punkty. Co jest!? – pytam się w myślach, przecież to raczej ja nadawałem tempo. I nagle sobie przypominam te wszystkie krótkie postoje na których koledzy coś pałaszowali, a ja skupiałem się tylko na rozgrzaniu stóp. Zazwyczaj na taki odcinek wystarczyłoby mi sił ze śniadania, jednak temperatura robi swoje i pobór energii jest większy. Próbuję przełamać skostniałego batona i trochę go rozgrzać zanim połamię na nim zęby. Godzę się też z myślą, że zastrzyk energii przyjdzie i tak dopiero na szczycie. Postanawiam więc nie szarpać się i spokojnym tempem dotrzeć pod schronisko. Czasem robię zdjęcia, gdyż widoki są bezdenne ;-). Ośnieżone, zmrożone drzewa na zmianę z tymi prawie wiosennymi w nasłonecznionych miejscach. Podjazd momentami ma 15-16%, co zmusza mnie raz po raz do wstawania. Słońce operuje coraz mocniej wspinając się po nieboskłonie i na odsłoniętych odcinkach wreszcie robi się ciepło. Jeszcze tylko kawałek po betonowych płytach i moim oczom ukazuje się schronisko.

Najpierw rzucam się na termos z gorącą herbatą, w między czasie zamawiam kawę i sięgam po kanapki. Rozczarowuje temperatura wewnątrz schroniska. Kaloryfer ustawiony chyba na chłodno i niestety nawet rzeczy nie schną.Trudno. Rozmawiamy, śmiejemy się i zjadamy drugie śniadanie. Z Pankracym przygotowujemy ogrzewacze do stóp (obaj pierwszy raz testujemy ten wynalazek) i już po chwili rozkoszuję się ciepłem w butach. Siedzi się miło, ale pora ruszać w dalszą drogę.

Teraz czas na mój odcinek niespodziankę czyli przejazd przez Trzy Kopce na Lubomir. Obawiałem się przejezdności tego fragmentu trasy, jak się okazało, słusznie. Zostajemy zmuszeni do zejścia z siodełek i prowadzenia rowerów, jednakże sceneria, jak z lodowej krainy (masa śniegu, lodu, szronu, przedzierające się przez drzewa słońce) wynagradza nam ten dyskomfort/tą ujmę. Podjeżdżamy kawałek, idziemy, podjeżdżamy, idziemy. Jest tak ładnie, że nawet nie zwracam uwagi na to jak długo trwają te „podchody”. W oddali tylko słyszę Pankracego, powtarzającego niczym znany osioł “daleko jeszcze, daleko?”. Przyśpieszam więc kroku udając, że nie słyszę. Nie wiedzieć kiedy docieramy pod obserwatorium. Chwilę rozmawiamy z piechurami, robimy zdjęcia i szykujemy się do zjazdu. Droga jest dosyć stroma i w dodatku oblodzona! Nici z szybkiego zjazdu, dreptamy bokiem w skupieniu, żeby nie skręcić kostek. Zaczynam podejrzewać, że koledzy mnie znienawidzą, jednak słyszę, że humory im dopisują. Nareszcie docieramy do końca tej drogi, pochylone drzewa tworzą, jakby bramę. Po jej przekroczeniu czeka nas przepiękny widok na Beskid Wyspowy. Było warto.

Stąd już nieco mniej oblodzonym asfaltem zjeżdżamy do Węglówki. Jak to dobrze jest móc znów wsiąść na rower! Otoczenie jest przepiękne, ośnieżone drzewa, w oddali góry i ciepłe słońce. Niestety z każdym kilometrem zima zostaje w tyle. Na tym etapie powinniśmy nadrobić trochę czasu, choć według trasy czekają nas jeszcze dwie małe hopki. Niestety nie jest dane nam ich zobaczyć, ponieważ Pankracy tak się rozpędził, że zapomniał odbić z trasy (nie będę go zbyt ganił, bo zjazd był przedni). Dojeżdżamy do krajówki i naradzamy się co do dalszej drogi. Wracać nie bardzo nam się chce, zwłaszcza, że Pankracy już jest spóźniony, a i mi się spieszy bo umówiłem się do kina. Wybieramy powrót przez Dobczyce, tak będzie najszybciej.

Nie lubię tego etapu gdy najlepsze już za nami, do domu spory kawałek, a na dodatek trzeba się spieszyć. Cóż, taki los. Krajówką przez Czasław docieramy do Dobczyc. Odtąd, jako znawca terenu prowadzi Tysek. Kieruje nas w stronę Świątnik Górnych, skąd już jest praktycznie z górki do Krakowa. Patrzę na zegarek i szacuje, że uda mi się jeszcze zjeść obiad przed wyjściem. Dostaję jakiś zastrzyk energii i na podjeździe wyprzedzam kolegów. Postanawiam zaczekać na górze… czekam… czekam… dzwonię do domu, czekam.. Wiem, że Pankracy był trochę zmęczony, ale żeby aż tak? Dzwonię do niego. Okazuje się, że jest jakieś 500 metrów za mną. Nie mogąc znaleźć innej wymówki na krótki postój wkręcił łańcuch za kasetę i udaje, że nie może go wyjąć. Zawracam więc pomóc.

Akcja naprawcza trwa chyba wieczność. Łańcuch zakleszczył się między piastą, a największą zębatką i nie chce wyjść. Próbujemy wszystkiego i nic. Szczęśliwie zauważam, że na łańcuchu jest spinka. Rozpinamy więc, ściągamy koło i dalej się siłujemy. W końcu jakimś cudem Tyskowi udaje się go wyszarpać. Szybko doprowadzamy rower do stanu używalności i kręcimy w kierunku domu. W takich, nieco stresujących, okolicznościach kończymy tą, mimo wszystko jakże udaną wycieczkę.

W domu mam całe pół godziny na doprowadzenie się do stanu używalności po czym wsiadam na rower i jadę do kina.

Jak się później okazało, film był o godzinę później 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *