Piękny Wschód 2017

wkolo.pl - Piękny Wschód 2017

Nagły powrót zimy pod koniec kwietnia nie był niczym optymistycznym, zwłaszcza w perspektywie zbliżającego się terminu pierwszego ultramaratonu tego roku. Piękny Wschód, bo to o nim będzie dziś mowa, mimo niezbyt majowej pogody okazał się być świetną imprezą.

Tydzień poprzedzający maraton upłynął na sprawdzaniu pogody, przygotowywaniu roweru i bagażu. Aura sprzyjała raczej oglądaniu filmów, zatapianiu się w lekturze lub po prostu chrapaniu niż kręceniu na rowerze. Miałem cichą nadzieję, że powstały w ten sposób rowerowy głód przełoży się na wynik. Mimo to poprzeczkę ustawiłem na 24h. Wyjazd do Parczewa razem z krakowską “ekipą” (m.arek, s.krzysiek i tysek) zaplanowaliśmy na piątek rano, co nie do końca było dla mnie dobrym pomysłem, gdyż prognozy wskazywały brak deszczu dopiero w późniejszych godzinach. Jak się okazało było to początkiem pewnego splotu wydarzeń…

Dojazd

Przez całą noc z czwartku na piątek lało. Spałem tak sobie, jak przed każdą wycieczką chciałem żeby już się rozpoczęła. Z kolejnego pół snu wyrwał mnie dźwięk budzika, wreszcie pora wstawać. Wypijam kawę i wcinam lekkie śniadanie. Przygotowuję też kawę na drogę – kawy nigdy za wiele. Słyszę, że przestaje padać więc ubieram się w cywilne ciuchy, tylko na nogi zakładam nogawki i buty z ochraniaczami i wyjeżdżam na spotkanie z chłopakami.

W połowie drogi zaczyna kropić, ale mam nadzieję, że jakoś zdążę dojechać zanim rozpada się na dobre. Nie warto żyć nadziejami – właśnie lunął siarczysty deszcz, a na dodatek jeden z kierowców przejeżdża tak blisko mnie, że wymusza to moje zatrzymanie na poboczu –  jedną nogą w głębokiej kałuży. Klnę pod nosem, na kierowcę, na pogodę, na zbyt wczesne spotkanie, a przede wszystkim na wodę w bucie. Dojeżdżam na umówione miejsce pierwszy. Po chwili dociera autem Marek z Krzyśkiem. Pakując rower opowiadam swoje poranne perypetie. Podjeżdżamy pod sklep gdzie właśnie dojeżdża Piotrek. Idzę na szybkie zakupy, a chłopaki pakują kolejny rower na dach. Ruszamy w drogę. Akurat deszcz przestaje padać.

W aucie próbuję jakoś wysuszyć przemoczone buty. Upycham papierowe ręczniki, które co chwilę wymieniam na nowe. Powoli, ale do celu. Humory dopisują, każdy coś opowiada, czas mija wybitnie przyjemnie. W Nowym Korczynie robimy krótki postój na Orlenie. Chłopaki piją kawę, a ja korzystam z dobrodziejstw toaletowej suszarki. Jeszcze chwilę stoimy przed autem, więc rozwieszam mokre nogawki na drzwiach, a buty kładę na dachu samochodu. Krzysiek skończył palić fajkę więc wsiadamy i jedziemy dalej. Zaczytuję się w książce, po czym przypominam sobie o konieczności zmiany papieru w butach. Schylam się więc pod siedzenie i robię się blady. “Chłopaki, widzieliście może moje buty?” M.arek zjeżdża w boczną drogę i zatrzymuje auto, w tym czasie przeczesuję samochód i próbuję odtworzyć ostatnie minuty. Zmiana papieru, suszenie pod suszarką na stacji, suszenie na dachu auta, dalsza droga… “O cholera!” Wszystko już jasne. Dzwonię na stację, do której mamy jakieś 50km… jeden z pracowników znalazł jednego buta. Postanawiamy wracać. Jest mi strasznie głupio przed chłopakami, zwłaszcza Krzyskiem bo wiem, że bardzo chciał być dużo wcześniej w bazie. Jakiś kilometr przed stacją razem z Tyskiem wysiadamy z auta i rozglądamy się po poboczach. Druga ekipa idzie od stacji, znaleźli już wkładki i odebrali pierwszego buta. Po chwili słyszę śmiech Marka – już wiem, że znalazł drugiego buta. Był po przeciwnej stronie drogi, w rowie. Prawdopodobnie podmuch auta wyrzucił go na drugą stronę… Podmuch i koło, bo but jest cały połamany! Jak się okazuje, ten pierwszy nie jest w lepszym stanie. Jedyne co dało się odratować to bloki – dobre i to.

wkolo.pl - Piękny Wschód 2017 - Deszczowy dojazd

W dalszej drodze zahaczamy o sklep w Sandomierzu gdzie kupuję nowe buty – wcześniej Marek robi rundkę po Rynku, na szczęście strażnik był dość łaskawy. Powiedzmy, że jakoś się udało ogarnąć ten problem choć jazda 500km w nowych butach, z nie wiadomo jakim ustawieniem bloków nie napawa mnie optymizmem,  ale dam radę. Dojeżdżamy do obwodnicy Lublina gdzie deszcz zaczyna o sobie przypominać. W okolicy Serników leje jak z cebra. Miny debiutantów nie są zbyt optymistyczne, ale ja czuję, że nazajutrz będzie sucho 🙂 Mijamy tabliczkę z kierunkiem na Parczew i czuję ulgę bo już jesteśmy wszyscy nieźle zmęczeni. Niestety, na drodze był wypadek i musimy szukać innej drogi. To nie Małopolska gdzie dróg jest jak dziur w tutejszych drogach, więc musimy nadrobić z 15 kilometrów. Wreszcie docieramy do Parczewa. Przed ośrodkiem jeszcze mała przygoda z za nisko zawieszonym banerem, który prawie zdjął nam rowery z dachu – dzięki Marku za zachowanie czujności!

Kolejne godziny to już rejestracja, przywitania, przepakowanie bagażu i rozbijanie namiotów na deszczu. Około 22 grzecznie wymeldowuję się i padam na karimatę. Jeszcze zanim zasnę przypominam sobie, że dobrym pomysłem może być ustawienie budzika. Na zewnątrz wciąż ta sama płyta z muzyką relaksacyjną pt. “lasy deszczowe”.

Start – PK1

Poranek jest zimy, dużo zimniejszy niż w zeszłym roku, na szczęście na razie nie pada. Wypijam kawę i wmuszam coś do jedzenia – banany i mega słodka owsianka od Tyska (dzięki). Czekając na start swojej grupy obserwuję jak zaczyna najpierw kropić, a potem padać. Zakładam kurtkę i chowam się w namiocie gdzie montują nadajniki gps.. Wreszcie wołają nas na start, odliczanie, w drogę!

wkolo.pl - Piękny Wschód 2017 - Przed startem

Wyrywam na przód, a zaraz za mną Tysek i reszta grupy. Chcąc się rozgrzać podkręcamy tempo do okolic 30km/h. Moczy nas deszcz, woda z asfaltu, a na dodatek przeszkadza silny wiatr. Po niespełna kilku kilometrach widzę, że nasza grupa przestała istnieć, czekamy chwilkę na Marka, ale to nie ma sensu, postanawiamy dalej jechać we dwójkę. Spuszczamy z tonu, żeby nie ukręcić się już na początku. Do pierwszego punku w Żółkiewce mamy 101km.

wkolo.pl - Piękny Wschód 2017 - Mokry początek

Po drodze zbieramy kilku zawodników i tak tworzy się, przynajmniej na jakiś czas, nowa grupka. W między czasie przestaje padać i nawet asfalt miejscami robi się suchy co znacznie podbudowuje morale. W końcu dojeżdżamy do świetnie wyposażonego punku. Szybki popas, herbata na rozgrzanie i sms od Marka “mam dwa komplety kluczy do auta” – w całym porannym zamieszaniu oddaliśmy mu nasz komplet także będziemy musieli na niego czekać. (Na szczęście później przekazał go Turyście, który na metę dojechał sporo przed nim.) Popełniam pierwszy błąd – nie zdejmuję kurtki po tym  jak deszcz przestał padać i wszystkie ciuchy mam mokre. Trudno jeszcze się pokiszę. Trochę jednak zamarudziliśmy więc pora wracać na trasę.

wkolo.pl - Piękny Wschód 2017 - Tysek w świetnej formie

 

PK1 – PK2

Teraz czeka nas odcinek z kilkoma pagórkami. Pogoda się ustabilizowała, a nawet na kilka sekund pojawił się skrawek niebieskiego nieba. Niestety czuję jakieś dziwne znużenie więc częściej siedzę na kole Tyska niż daję zmiany. Na pagórkach trochę się rozciągamy, ale nie na tyle, żeby się rozdzielać. W pewnym momencie dojeżdża do nas dwóch kolarzy, którzy podkręcili nieco tempo. Jedziemy za nimi, dajemy szybsze zmiany, pomału wyrywam się z letargu. Nagle jeden wpada na pomysł, żebyśmy dawali sobie “szybkie, krótkie zmiany, tak żebyśmy się nie nudzili”. Tysek podchwyca temat, ale ja z góry skazuję ten pomysł na porażkę. Odpuszczam jak tylko zaczynam czuć, że zbytnio się męczę – to dopiero 150 kilometr. Tyskowi też przestaje się podobać ta zabawa i zostaje ze mną. Czasem ktoś jeszcze się do nas dołącza. Nie wiem czy nie przeziębiłem pęcherza bo ilość siku stopów robi się martwiąca 🙁

W Szczebrzeszynie  wzięło mnie na wspominki – jechałem tędy na swoją pierwszą rowerową “wyprawę” nad morze:). Dalsza droga jest taka sobie, dopiero przed Józefowem coś się dzieje, trochę lasu, jakieś jeziorka z plażą i więcej dziur w asfalcie. Na chwilę wskakujemy na Green Velo jednak gładki asfalt szybko zmienia się w kostkę – nawierzchnia na ścieżkę, o której marzy każdy rowerzysta. Wkrótce docieramy do punktu. Humory dopisują, uzupełniam płyny, próbuję coś zjeść (nic mi dziś nie wchodzi, ale wiem że muszę). Chwilę rozmawiam z facetem obsługującym to miejsce. Znów za długi postój!

PK2 – PK3

Ruszamy sami z Tyskiem, reszta albo już pojechała, albo jeszcze się stołuje. Kawałek za punktem zwinęli asfalt, na szczęście był to krótki odcinek. Przecinamy Park Krajobrazowy Puszczy Solskiej więc droga robi się nieco ciekawsza, zamiast domów las – zawsze to jakaś odmiana. Zbieramy nową grupkę, po drodze doganiamy też Mariusza Daniszewskiego z kolegą i trochę wisimy im na kole, a trochę dajemy zmiany. Od Lubaczowa jedziemy już całkiem sporą grupą z niezłym tempem – chyba wszyscy marzą już o ciepłym jedzeniu. Niestety pod sam koniec z kolejnym siku stopem musimy ją zostawić. Na punkcie spotykamy Krzyśka, ten już pojadł i zbiera się w dalszą drogę. Czekanie na nas nie ma sensu. My rzucamy się na jedzenie (w opcji wege kluchy i surówki, szkoda że nie kaszka jak ostatnio;)) Do tego kawa i herbata.

 

Zakładam suchy podkoszulek termoaktywny, chowam ceratę i wreszcie odzyskuję komfort. Może jest ciut za zimno, ale sucho! Na tym postoju dowaliliśmy całkowicie – 45 minut lenistwa, ale nie będziemy się biczować..

PK3 – PK4

Teraz to się jedzie! Słońce wychyliło się zza chmur, przepiękne widoki (lasy, strumyki itp.) i świeże powietrze. Trasa jest trochę pofalowana, a z jednej górek rozpościera się piękny widok na Werchratę. Taka przyjemna trasa ciągnie się aż do miejscowości Narol. Pomału robi się coraz ciemniej, a niestety od Bełżca jedziemy krajówką. Tak jest aż do Tomaszowa Lubelskiego, gdzie odbijamy w stronę Tyszowców. Na drodze nie dzieje się nic ciekawego, poza tym jest już ciemno więc odliczamy kilometry do następnego punktu. Na miejscu spotkamy kilka osób z którymi “tasujemy” się przez większość trasy. Zabieramy kanapki i picie. Tysek, który się wcześniej dowiedział, że jego nadajnik trafił szlag próbuje ogarnąć temat co oznacza, że znów jesteśmy tu za długo.

wkolo.pl - Piękny Wschód 2017 - Narol, zachodzące słońce

PK4-PK5

Najkrótszy odcinek pomiędzy punktami. Poza kolejnymi siku stopami i wmuszaniem kanapki nie wydarzyło się nic ciekawego. Przejazd przez sam Hrubieszów i dotarcie do “schowanego” punktu przebiegły sprawnie gdyż znałem to miejsce z zeszłorocznej edycji. Tutaj dostajemy drugi ciepły posiłek – dla Tyska “gulasz” a dla mnie kasza z warzywami! Znów dogoniliśmy Krzyśka, ale ten znów jest już na wychodnym. My staramy się wreszcie nie rozsiadywać – co oczywiście nam nie wychodzi.

PK5-PK6

Droga do ostatniego punktu w Wierzbicy znowu jest pofalowana co skutecznie nie pozwala nam zasnąć. Jedzie się całkiem dobrze choć wyraźnie czuć, że tempo nam spadło. Tysek wspomina coś o bólu kolana, niestety moje też nie są już pierwszej świeżości. Przed Chełmem mijamy jakiś dom weselny – balanga na całego – ja zaczynam czuć obawy przed mijającymi nas – rzadko ale jednak – autami. Dużo nie musieliśmy czekać, bo chyba dwa pagórki, gdy już z oddali dostrzegamy radiowóz i wcześniej mijającego nas szybko SUV’a. Pasażerowie ustawieni w rządku do dmuchania. Po jakichś piętnastu minutach SUV mija nas znów, z tym że jechał niewiele szybciej od nas. W Chełmie postanawiamy rozgrzać się na Orlenie gdyż trochę zmarzliśmy. Wypijamy kawę i gaworzymy o maratonie z przemiłą obsługą. Po tym udajemy się już w kierunku punktu kontrolnego. Liczyliśmy na jakieś ciepłe napoje, a dostaliśmy paczki żywnościowe wydawane przez gburowatego sprzedawcę. Może miał już dość wymęczonych i śmierdzących kolarzy? Nic nie zachęca do zostania tu dłużej więc wcinamy szybko bułę i w drogę.

PK6 – Meta

Kawałek za punktem mijamy przydomową imprezę. Banda buraków rechocze, klnie i krzyczy coś do nas. Jeden wyciąga laser/wskaźnik i sobie w nas celuje. Przechodzi mi myśl czy nie wpadną na jakiś głupi pomysł więc podkręcam tempo, żeby jak najszybciej stąd spadać. Dalsza droga przebiega już bardzo spokojnie i przyjemnie. Powoli zaczyna się nowy dzień, niebo przechodzi z czerni w ciemno granatowy odcień. Ptaki zaczynają śpiewać i pojawiają się pierwsze poranne mgły.

Jest zimno, chyba około 2 stopni jednak widoki pozwalają o tym zapomnieć. Sylwetki bocianów gdzieś w górze wyglądają nieziemsko. Z tego rozmarzenia wyrywa mnie dziura w drodze, i kolejna i jeszcze jedna. Właśnie zaczął się kilkukilometrowy odcinek wiecznej dziury. Tempo wyraźnie nam spada, tyłki bolą, a i w głowie myśli nie najlepsze. Tak się powoli toczymy gdy ktoś nadjeżdża – to wcześniej mijany solista i koleżanka Iza. Wreszcie jakaś motywacja. Teraz w czwórkę szukamy najbezpieczniejszego przejazdu skacząc z prawego na lewy pas, z mizernym skutkiem. Telepiemy się tą drogą jeszcze przez jakiś czas zanim pojawia się gładki asfalt – cóż to za rozkosz. Wracają mi siły i ciągnę grupkę do Parczewa (poza solistą, ten musi jechać swoje). Dochodzi 6:35 gdy melduję się na mecie.

Czas przejazdu – 23:04:47. Miejsce 51 na 89 sklasyfikowanych.

Podsumowanie

Tegoroczną edycję oceniam dużo lepiej od poprzedniej. Trasa stała na podobnym poziomie, pojawiło się też kilka górek co mnie osobiście cieszyło. Przejazd poniżej wyznaczonej poprzeczki bardzo mnie ucieszył, choć wiem, że gdybym okroił postoje byłoby lepiej. Jakość punktów kontrolnych była bardziej niż zadowalająca (poza wcześniej wspomnianym przypadkiem). Może zawdzięczamy to połączeniu sił z Robertem Janikiem, albo po prostu odrobieniu lekcji po poprzednim maratonie. Świetnie spisał się też monitoring online – poza sporadycznymi przypadkami nie działania. Jeśli musiałbym się do czegoś przyczepić to chyba wybrałbym jakość/czystość sanitariatów w bazie :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *