Piękny Wschód 2016

Piękny Wschód to ultramaraton organizowany przez Parczewską Grupę Rowerową. Odbywa się na dwóch trasach – około 300 i około 500 kilometrów. Przejazd dłuższej trasy (w tym roku było to 512km)  w czasie 26 godzin dawał kwalifikację do słynnego już Bałtyk-Bieszczady Tour – zdobycie jej od początku było moim planem.

Do Parczewa wybrałem się razem z M.arkiem z Krakowa. W południe urwałem się z pracy i godzinę później byliśmy już w trasie. W Lublinie stanęliśmy w korku przez który nie zdążyliśmy na odprawę techniczną za to Marek miał czas na podziwianie trolejbusów. W bazie maratonu byliśmy chwilę po 19. Rzutem na taśmę (Pani obsługująca zapisy właśnie się zwijała) podpisaliśmy stosowne oświadczenia, odebraliśmy bogate pakiety startowe i poszliśmy rozkładać namiot przy pomału zachodzącym słońcu. W bazie maratonu było tylko kilka osób, część zapewne udała się na spotkanie integracyjne, a reszta jeszcze nie przybyła. Noc jest dosyć chłodna, grzejemy się chwilę w budynku bazy, witamy się z forumowiczami. Jednak nie mam siły na zbytnią integrację i po chwili idę spać.

W nocy budzi mnie deszcz. Jest pierwsza i łudzę się, że do rana przejdzie. Nic bardziej mylnego – nad ranem słychać ten sam stukot o tropik. Na szczęście deszcz nie jest tak mocny jak to wydaje się w namiocie. Dosyć leniwie przebieram się w lycrę, wmuszam płatki i już z większą ochotą pochłaniam kubek kawy. Zakładam tylko kurtkę przeciwdeszczową, spodnie zachowuję na czarną godzinę. Po chwili słyszę jak Włodek wzywa na start pierwszą grupę. Ja startuję w ósmej za jakieś 20 minut, które zlatują tak szybko jakby to była przerwa w pracy.

Startujemy, deszcz jeszcze pada choć bardziej moczy mnie woda spod kół więc szybko przedzieram się na przód. Po chwili słyszę Marka “trzydzieści! miało być dwadzieścia pięć”. Trochę zwalniam, ale wtedy wyprzedza mnie inny kolega i wraca do wcześniejszej prędkości. Do pierwszego punktu kontrolnego dojeżdżamy takim tempem. Podbijam kartę i wymieniam płyny, wcześniej ściągam okulary bo zaczęły parować. Wracam po rower i… nie mogę znaleźć okularów “ale ze mnie pierdoła!” Moja grupa już odjeżdża, a ja nadal ich szukam. Okej, są, pora ich gonić.

Ruszam z kolegą jadącym na przełaju, on trochę za wcześnie się wyrwał i zwalnia czekając na swoją grupkę. Trochę gadamy o wcześniejszej edycji maratonu, opowiada historię o bigosie (jak się później okaże – nie jedyny raz) W połowie drogi do PK2 doganiają nas “ściganty”, korzystam więc z okazji i łapię się koła. Jedziemy średnio koło 35km/h, ale utrzymuję się zbytnio się nie męcząc. W Cycowie podbijamy karty w sklepie z kosiarkami. Wydaje mi się, że widziałem kogoś wyciskającego skarpetki. Ruszam jeszcze przed grupą, ale chwilę po M.arku, który mocno skraca postoje. Po kilku minutach go doganiam, a nas doganiają “ściganty”. Znów łapię się koła i razem dojeżdżamy po nieco pagórkowatej drodze do Chełmu. Z tej grupki kojarzę tylko dziewczynę, która jechała w zeszłym roku Maraton Podróżnika. Zastanawiam się ile z nimi wytrzymam. W Chełmie grupka nam się rozbija na światłach – niektórzy po prostu inaczej widzą kolory. Punkt kontrolny zorganizowany jest na deptaku starego miasta, który jest nieprzyjemną kostką. Tu robię trochę dłuższy postój, trochę się rozciągam, uzupełniam płyny, wcinam i pakuję kanapkę na później (niestety wziąłem tylko jedną, a na następnych postojach wszystkie były już tylko z mięsem :/)

Znów wcześniej ruszamy razem z M.arkiem, po chwili doganiają nas “ściganty”. Zauważam jednak, że co górka to oni jadą szybciej niż po płaskim, wkrótce się urywam, szkoda się zajechać na setnym kilometrze. Asfalt praktycznie wysechł i jedzie się całkiem przyjemnie. Do punktu kontrolnego dojeżdżamy całkiem szybko. Tutaj uzupełniamy wodę, podpisujemy się na plakacie do archiwum, pochłaniam kanapkę – wreszcie odskocznia od słodkiego. Dowiaduję się, że “ściganty” jadą trasę 300, to może wiele tłumaczyć, choć nie zdziwiłbym się jakby tym tempem jechali 500. Nie siedzimy długo bo za trzydzieści kilometrów czeka nas kolejny “pit-stop”.

Kilometry do Hrubieszowa znów mijają szybko, pogoda raczej się ustabilizowała, nawet wygląda jakby miało się zaraz rozpogodzić, ale tylko wygląda. Kilka pagórków, zjazd i już lądujemy w punkcie kontrolnym. Tutaj ciepły posiłek – zupa gulaszowa – w zamian grzeję się  gorącym kubkiem, batonem i kawą. Ściągam też mokry podkoszulek, a kurtkę przeciwdeszczową zamieniam na bluzę z windstopperem. Z początku jest chłodno, ale wiem, że zmusi mnie to do rozgrzania się kręceniem. Na postoju też pożyczam koledze pompkę, który od Chełma walczy z nieszczelną dętką. Na wyjeździe z punktu wołamy za ekipą, która prawie przejechała zjazd. Niestety oznakowanie punktów nie jest idealne.

Przez Hrubieszów droga wiedzie lekko pod górkę objeżdżając śródmieście dociera do krajówki, którą jedziemy tylko kilka kilometrów. Odbijamy w kierunku Tyszowców. Z początku jest nawet ładnie jednak wjazdu do miejscowości nie zapamiętałem dobrze. Asfalt taki sobie, jakieś bloki w szczerym polu – może to też kwestia “burej” pogody. Podbijamy kartę na stacji benzynowej – na miejscu już dwóch kolegów –  i jedziemy dalej. Miejscowość wymarła.

Na szczęście kolejny etap robi się ciekawy. Pojawia się większy podjazd, na którym M.arek jedzie swoim tempem (czyt. zostaje z tyłu). Zjazd, podjazd, zjazd, widzę przed sobą kolegów ze stacji, zjazd, podjazd i już jedziemy we trójkę. Jeśli dobrze pamiętam to jednym z nich jest kolega na przełaju, z którym rozmawiałem wcześniej. Trochę gadamy, opowiada o superbatonach czy żelu i wcześniejszej edycji i…  bigosie – tak, to na pewno on. (Mógł mnie nie poznać bo zmieniłem czarną kurtkę na żółtą bluzę). Przez chwilę jadę z przodu, a po chwili orientuję się, że jadę już sam. Docieram do Tomaszowa Lubelskiego, który był najdalej wysuniętym na południe punktem trasy i odbijam na prowadzoną jak od linijki krajówkę. Tutaj kilka górek i dosyć spory ruch więc gonię, żeby jak najszybciej ją opuścić. W końcu docieram do zjazdu i tutaj zaczyna się dla mnie bajka – drewniane chałupki, pasące się krowy i jakaś taka cisza – jak ja lubię taką wieś! Z uśmiechem dojeżdżam na punkt przed Krasnobrodem. Tu dwie miłe dziewczyny, gorąca herbata i drożdżówki. Trochę zamarudziłem, dojechało parę osób, wśród nich Marek, który zniknął bez słowa. Ja wypiłem jeszcze jedną herbatę i pojechałem – i tak go dogonię 😉

Spotykam go dopiero w Zwierzyńcu, krzyczącego pod sklepem gdzie podbijam kolejną pieczątkę i kupuję coś słonego – mam dosyć już słodyczy. Dojeżdża do nas część grupy pozostawionej w Krasnobrodzie i dalej jedziemy już wspólnie do punktu w Biłgoraju. Tutaj znów zrobiliśmy przystanek na stacji benzynowej i znów mogliśmy być tu krócej – nie żebym chciał się ścigać, ale już lepiej posiedzieć w jakimś fajnym miejscu. Od Frampola zaczyna się krajówka i zaczynają się mgły. Wyglądają świetnie, a my mkniemy. Początkowo myślałem o zrobieniu zdjęcia, ale jadąc w środku grupy nawet nie miałbym jak się zatrzymać. Robi się ciemno i zapalamy lampki. Montaż mojej przy osi koła nie jest zbyt wygodny jeśli chodzi o tą czynność, ale jakoś daję radę zachowując wszystkie zęby. Do Janowa Lubelskiego dojeżdżamy w ciemności, patrzę na GPS w poszukiwaniu punktu kontrolnego i nagle ktoś krzyczy z okna “tutaj, tutaj!”. Nie bardzo pokrywa się to z mapą więc dobrze, że wystawili kogoś w oknie. Tutaj odbywamy dłuższą przerwę, dostajemy ciepły posiłek (ku mojej uciesze pęczak i surówki!) popijam też kawę. M.arek nie mógł się zdecydować i popija herbatę kawą (lub na odwrót). Przyjeżdża Emes z Kachą, wyglądają na dosyć zmęczonych. Słyszę słowo “materac”, postanawiam stąd uciekać zanim sam się rozleniwię. Jeszcze tylko kładę się na podłodze i trochę rozciągam, zakładam drugi podkoszulek na noc i już jestem gotowy do drogi.

Następny odcinek był najdłuższym bez punktów kontrolnych. Początkowo się nie spieszę, chcąc strawić to co zjadłem. Grupka ma tempo szarpane raz jadą szybko by chwilę potem zwolnić, najbardziej denerwuje to chyba M.arka, jednak i ja po pewnym czasie wolę jechać inaczej. Gdzieś na tym odcinku kolega w adidasach ma problem z łańcuchem, zatrzymuję się, żeby mu przyświecić i pomóc w razie potrzeby – na szczęście nic poważnego. Przed Urzędowem grupka jadąca przed nami zjeżdża na stację, ja jadę dalej, a ze mną kolega w adidasach (Z nim jedzie mi się okej, choć na podjazdach mamy minimalnie inne tempo.). Tutaj też dziwnie poprowadzona jest trasa, odbija – żeby po chwili wrócić na główną. Prawdopodobnie błąd, ale wolę jechać jak na śladzie, jeśliby mieli mi cofnąć kwalifikację. Po jakimś czasie znów jedziemy grupką. W Opolu Lubelskim zatrzymujemy się na stacji za potrzebą. Chwilę dalej za wcześnie skręcam (zbyt oddalona mapa na gps) i nadrabiamy paręset metrów, mijamy bawiących się (czyt. pijących) lokalsów, którzy coś krzyczą za nami. Robi się coraz chłodniej, zbliżamy się do Kazimierza Dolnego. Jeszcze tylko przejazd przez kostkę na rynku i przerwa w punkcie kontrolnym. Są banany, drożdżówki, zimna woda, kanapki (nie dla mnie) i całkiem sympatyczny, zmęczony pan. Za to nie ma zbytnio gdzie usiąść i nic ciepłego do picia. Stoję chwilę i rozciągam się, patrzę, że reszta stoi..hm.. nic tu po mnie. Mijam Orlen, który kusi mnie ciepłą kawą, ale odpuszczam, nie chcę tracić czasu. Ruszam w kierunku Nałęczowa.

Droga z podjazdami, ciemno, jadę głównie sam, za sobą widzę tylko migająca lampkę. Na jednym ze zjazdów dogania mnie kolega w adidasach. Wybrał idealny moment bo baterie w mojej lampce trafia szlag, a już chcę dojechać pod tablicę (tu mamy zrobić zdjęcie zamiast pieczątki). Dojeżdżamy do tablicy, jest też z nami koleżanka kurierówka. Robimy zdjęcia, ja w celu rozbudzenia wpadam do rowu – na szczęście był suchy. Po chwili doganiają nas koledzy, proszą mnie o zrobienie zdjęcia przy tablicy wyjazdowej bo nie zrobili wcześniej. Przy okazji dopompowuję koło, z nadzieją, że po prostu trochę zeszło. Na jednym z rond (chyba w Piotrowicach) czeka kurierka i kolega w adidasach. Dalej jedziemy razem, część szarżuje i wyrywa się do przodu na tyle daleko, że mnie nie słyszą jak krzyczę za nimi, że przegapili skręt. Tylko kolega w adidasach jedzie za mną. Wiem, że mają GPS, więc skręcamy – w końcu się zorientują,

Tu droga zaczyna mi się dłużyć, zaczynam czuć znużenie. Dobrze, że towarzysz jedzie ze mną i trochę gadamy. Mijamy wracającą z imprezy młodzież i męczymy kolejne kilometry do Kamionki. droga płaska jak stół, poklejona, nic ciekawego poza porannymi mgłami. Jest mi też trochę chłodno. Startują do nas miejscowe psiury, jednak słabi z nich zawodnicy – marna rozrywka. Wreszcie dojeżdżamy do punktu kontrolnego. Tu zastajemy:

  • rozpieprzone brudne szklanki,
  • termosy z zimnymi resztkami bliżej nieokreślonych płynów
  • kilka butelek wody
  • drożdżówki
  • pieczątkę “sam se podbij”.

Nie ma co smęcić więc jedziemy dalej – akurat dojeżdżają zagubieni koledzy i kurierka.

Ostatnie kilometry to istna męczarnia. W Lubartowie kolega opowiada mi o maratonie w Kórniku i jakoś tak zabijamy czas. Robię się trochę głodny, ale już nie mogę patrzeć na słodkie, przypominam sobie o resztce paluszków z solą – skutecznie przeganiają zamulenie. Drugi raz na trasie źle skręcam i musimy kawałeczek wracać (to już chyba zmęczenie). Pojawiają się znaki na Parczew, pojawia się słońce, pojawia się chęć bycia “po”. Patrzę na zegarek i widzę, że mam szansę zamknąć się w dobie, resztkami sił przyspieszam. Kolega w adidasach zostaje trochę z tyłu – jak się później dowiaduję miał mały kryzys. Ja już odliczam kilometry. Zostaje mi ich około ośmiu gdy mija mnie endriu68 już w samochodzie (zwinął się zaraz po przyjeździe na metę). Trąbi i macha, dodaje mi to sił. Już blisko. Kręcę ile mogę i wreszcie zza lasu wyłania się miasto. Jeszcze tylko kilka minut i już mijam ostatnie skrzyżowanie na którym ktoś mi macha. Widzę bazę maratonu. Wpadam do środka, mijam Hipków i innych rozwalonych po sali maratończyków. Włodek przed komputerem dopełnia formalności. Dyplom, medal, koniec. 23:44 – lepiej niż oczekiwałem.

Ogarniam się trochę w bazie. Biorę lodowaty prysznic (nikt nie poinformował mnie, że ciepły jest w innym budynku), przebieram się w normalne ciuchy, popijam herbatę czekając na M.arka. Przed nim pojawia się kolega w adidasach, zagubieni i kurierka później dociera M.arek (równo godzinę po mnie). Idę spać do namiotu, M.arek do bazy, po 2-3 godzinach budzi mnie mówiąc, że zamykają bazę (!!??). Pomału pakujemy się i dosyć wycięci zwijamy się do Krakowa. Podziwiam M.arka, że jest w stanie prowadzić, ale także pilnuję żeby nie usnął.

Podsumowanie

Maraton uważam za udany. Mimo początkowo niezbyt sprzyjającej pogody nie było większych problemów na trasie. Najciekawszym odcinkem dla mnie było Roztocze, którego kontemplowanie trochę zaburzył mi “kolega” wyrzucający papierki gdzie popadnie, czy to Park Narodowy czy nie, w dodatku nic sobie nie zrobił z upomnienia. No nic, następnym razem wsadzę mu patyk w szprychy. Czas jest dla mnie zadowalający zwłaszcza, że w tym roku byłem tylko na trzech dłuższych wycieczkach, w tym jednej przekraczającej 300km. Dodam, że był to mój drugi maraton (a nawet przejazd “non stop”) na takim dystansie.

Organizacja też generalnie na plus choć nie obyło się bez kontrastów. Duży pakiet startowy, masa bananów, drożdżówek, kanapek (niestety wege zniknęły już na pierwszym popasie), ciepły posiłek. Niestety końcowe dwa punkty były najsłabsze. W Kazimierzu przydałby się w zamkniętym, ciepłym miejscu, a w Kamionce przydałoby się, żeby ktoś był. Doszły mnie też słuchy o wcześniejszym zamykaniu punktu obiadowego. Zdecydowanie punkty powinny być otwarte i w pełni zaopatrzone dla każdego, w wyznaczonych godzinach. Przedwczesne zamknięcie bazy też nie było zbyt fair. Rozumiem, że zmęczenie, majówka, słońce, ale warto trzymać się reguł gry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *