Okno pogodowe

Wreszcie jesień zaczęła się na dobre. Za oknem deszcz, wiatr i mgła. Dość posępnie i nostalgicznie, ale jakże przyjemnie – tak, lubię jesień. I tą ciepłą, z kolorowymi liśćmi i wyjściami na grzyby, ale też tą brudną, posępną i mokrą. Ostatnio więcej tej drugiej, tym bardziej należało skorzystać z pogodowego okienka…

Do północy lało jak z cebra i wcale nie zanosiło się na poprawę, jednak nad ranem po deszczu zostały już mokre ulice i zimna wilgoć więc jednak trzeba wstać. W sumie to dobrze jest z kimś się umówić bo inaczej mogłoby być ciężko zmusić się do wstania.

Zanim dojedziemy do Myślenic mam już lekko przemoczone gacie mimo to komfort termiczny nie jest najgorszy. Czego nie można powiedzieć o mojej formie. Kwiczę na każdym podjeździe – pewnie zasłużenie bo ostatnio mocno się obijałem. Wjeżdżając na Chełm czuję jakbym robił to pierwszy raz w życiu. Leje się ze mnie strumieniami i już nie wiem czy to pot czy woda, która oblewa mnie spod kół Tyska. Na górze jest zimno więc postanawiamy pojechać na Kudłacze i rozgrzać się w schronisku przy herbacie.

Wjeżdżamy w las i od razu robi się przyjemniej. Pod kurtką powódź, spodnie już są dość mokre, a i pokrowce na butach zaczynają puszczać wodę do palców. Nie powiem, że nie jest mi zimno. Zjeżdżając po betonowych płytach do Trzemeśni zastanawiam się od czego tak naprawdę tłukę zębami. Z nadzieją na rozgrzanie spoglądam na podjazd w Porębie zapominając jak bardzo dziś nie mam siły na takie wybryki. Szczęśliwie robi się cieplej, ale nie trwa to zbyt długo bo zaczyna lać. Zestaw przemokniętych szmat uzupełniają rękawiczki i czapka. Do schroniska już całkiem blisko jednak Tysek zna skrót, dzięki któremu ominiemy podejście. W rzeczywistości jednak nie dość, że musimy podchodzić więcej niż czerwonym szlakiem to zyskujemy dwa strome podjazdy. Zanim docieramy do schroniska przemakają mi buty i znajduję dorodnego kozaka. Przestaje padać.

W schronisku standard mimo włączonych kaloryferów (!) dosyć chłodno. Zmarznięty piję herbatę i wcinam jajecznicę. Po chwili słyszę “Racuchy proszę” i obracam się by podziwiać pełen talerz gorących placków. Cholera! myślę, jeszcze 5 minut temu nie było ich w ofercie, a ja już jestem pełny. Za oknem znów pada więc zamawiamy kawę. Zbieramy się gdy przestaje.

Opcje mamy dwie – albo wracać szybszą drogą przez Pcim albo jechać wg planu na Lubomir i wracać przez Węglówkę. Rzucamy monetą. Wskazuje na opcję pierwszą więc wybieramy drugą. Było warto, po przejechaniu 500 metrów premia – 4 małe borowiki. Od tej pory Tysek jedzie szlakiem a ja przecinam obok po lesie. Wpadają jeszcze jakieś podgrzybki. Droga przez las jest cudowna, mglista, błotnista, posępna, a czasem kolorowa. Lepiej pooglądaj zdjęcia.

Pod obserwatorium pora odwiedzić krzaczek. Tym razem podgrzybek jako bonus. Zjazd do Węglówki pokonuję z zaciśniętymi zarówno hamulcami jak i zębami – nie wiem czym mocniej. Po drodze, spotykamy grzybiarza gadułę co daje kilka chwil wytchnienia. Jeszcze chwila i pojawia się asfalt. Z Węglówki prowadzi szybki zjazd, na którym już całkiem zamarzam, a na dodatek zaczyna znowu padać i to całkiem mocno – dobrze bo deszcz rozmywa łzy, które wyciskam na kolejny podjeździe – zdecydowanie dziś nie jest mój dzień.

W Myślenicach grzejemy się na Orlenie (akurat przestało padać) przesłodzoną gorącą czekoladą i czarną wodzianką nazywaną dumnie kawą – syf jakich mało. Trwa ta wycieczka już za długo więc postanawiamy jednak opuścić lokal. Przed Świątnikami zza chmur wygląda słońce, a spomiędzy trawy pod brzozą spogląda kolejny kozak. Wypełniam nim już ostatnią lukę w torbie pod ramę i kręcę w kierunku domu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *