Maraton Podróżnika 2017

Maraton Podróżnika 2017 - Sudety

Maraton Podróżnika jest w moim kalendarzu imprezą numer jeden. Brak obecności na tym ultramaratonie mógłbym usprawiedliwić chyba tylko poważną kontuzją, ewentualnie jakimś dłuższym rowerowym wyjazdem lub… niezałapaniem się na listę startową. Przy tegorocznych kwalifikacjach to ostatnie mogło się zdarzyć, jednak wszystko poszło pomyślnie i już od marca wyczekiwałem pierwszego czerwcowego weekendu. Zwłaszcza że mieliśmy jechać w Sudety!

Przed maratonem specjalnie się nie przygotowywałem, po prostu starałem się jeździć. Niestety cały czas coś mi w tym przeszkadzało (a to deszcz, a to koszenie trawnika, a to jeszcze inne obowiązki). Także jako jedyną porządną wprawkę można by traktować ultramaraton Piękny Wschód. Jeszcze kilka dni przed wyjazdem popodjeżdżałem pod krakowskie Zoo i uznałem, że nie ma się o co martwić.

Na tydzień przed imprezą udało mi się zorganizować torbę pod ramę – jej test/recenzję znajdziesz tutaj – próbowałem różnych sposobów pakowania bagażu i już na dwa dni przed startem byłem gotowy do drogi. Pozostało jedynie odliczać godziny, sprawdzać pogodę i myślami odganiać nadchodzące burze. Niestety na dzień przed maratonem dopadło mnie lekkie przeziębienie i ból gardła. Postanowiłem jednak, że wypocę je na podjazdach, a nie pod kołdrą.

Dojazd i baza

Piątek w pracy zlatuje na pełnych obrotach, byle zdążyć przed 15 bo godzinę później jesteśmy (w tym roku jedzie też Mariusz, z którym pracuję) umówieni z Markiem i Kawerną. Czas leci szybko i już jesteśmy w drodze na miejsce spotkania. Zanim zjawi się Marek, robię dosyć obszerne zakupy. Pakujemy graty i w drogę. Całą drogę w aucie praktycznie bez przerwy czas jem (a jest to ponad 3 godziny), znalazł się też łomżyński syrop na gardło.

Dojazd na Maraton Podróżnika

W czasie drogi robimy kilka pit stopów na kawę czy uzupełnienie zapasu syropu. Gdy zbliżamy się do Sulistrowic, słońce chyli się ku zachodowi, a majaczące w oddali góry nakręcają mnie pozytywnie na następny dzień.

W bazie najpierw podpisujemy wymagane papiery i chwilę rozmawiamy z już przybyłymi forumowiczami. Na miejscu jest Krzysiek, w podejrzanie dobrym humorze. Kieruję się do domku, którym wszyscy straszyli mnie od kilku dni, i przygotowuję żarcie na drogę. Robi się już całkiem ciemno i chce mi się spać więc, z przykrością,  nawet nie wybieram się w kierunku zgromadzenia ogniskowego. Jeszcze chwilę gadam, a raczej przysłuchuję się rozmowie chłopaków (Księgowy, Endriu, Mariobiker i Giovanni) z dolnego pokoju i udaję się na pięterko – bo tam trafiło mi się wyrko. Na dole jeszcze debaty, że chałupą trzęsie, a że zapomniałem korków do uszu to ratuję się poduszką. W końcu zasypiam. W nocy jeszcze lunatykowanie – na szczęście ta jest całkiem ciepła.

Poranek

Budzi mnie słońce, jest chyba po 4 rano, a ja czuję się wyspany. Co ciekawe w dniach, w których chodzę do pracy nigdy się to nie zdarza. Jeszcze chwilę zmuszam się do leżenia i wstaję, by ogarnąć kawę i śniadanie.

MP 2017 - Poranny widok z okna

Przed domkiem spotykam Kawernę i gaworzymy popijając czarny płyn. Pomału pojawiają się pozostali, z każdym zamieniamy kilka zdań. Sprzęt tym razem przygotowałem wcześniej także jest chwila na pogaduchy i zrobienie kilku zdjęć. W pewnym momencie zaczyna mi się nawet dłużyć, na szczęście chwilę po tym wołają nas na start.

Start – PK1

Startuję w trzeciej grupie razem z Żubrem, Memorkiem, Matwestem i innymi ;). Do Jawora ma być względnie płasko więc powinno pójść gładko. Prowadzę grupę i staram się zbytnio nie przekraczać 30 km/h. Widoki już na starcie cieszą oko. Kolega z Rowerowego Lublina jednak woli ciut szybsze tempo więc zmieniamy się pozycjami. Jedzie się świetnie, ale zastanawiam się czy nie jest za szybko. Odwracam się co jakiś czas kontrolnie i najpierw dostrzegam brak Żubra, a później Memorka. Sporo rozmawiam z Matwestem, z którym praktycznie na każdym maratonie się spotykamy. W Strzegomiu dochodzi do małego wypadku, jeden z kolarzy zrobił jakiś dziwny manewr i wjechał w drugiego przewracając się przy tym. Jechałem kawałek za nimi i na całe szczęście zdążyłem wyhamować – nikomu nic się nie stało, pozbierali się i pojechali dalej.

Wreszcie pojawiają się pierwsze pagórki, od dłuższego czasu jedziemy z matwestem we dwóch. Gdzieś po drodze mija nas też najmocniejsza grupa maratonu. Ustawienie ich startu na sam koniec pozwoliło każdemu z nas podziwiać ten “pociąg”. W ABC w Kaczorowie robimy szybkie zakupy gdyż zaczynało brakować nam wody. Pod sklep zjeżdża się więcej kolarzy, a wśród nich Krzysiek – wygląda na trochę umęczonego, ale szczęśliwego. Pojawia się też Pankracy i Waxmund, którego udaje mi się nawet wyprzedzić na górce za sklepem – co odrobił bardzo szybko na zjeździe. Zbliżamy się do pierwszej większej przełęczy maratonu – Rędzińskiej. Słońce zaczyna mi dawać się we znaki, a bolące gardło zaczyna palić od gorącego powietrza. Postanawiam trochę zwolnić, żeby się nie ugotować.Kręcę więc swoim tempie, szukając skrawków cienia i wreszcie ląduje na szczycie. Na górze dostrzegam m.in. Pankracka i Jelonę z aparatem w ręku, rozdają kanapki, ale teraz jedyne co bym przyjął to kubeł zimnej wody. Na głowę.

PK-1 – PK2

Na zjeździe mijamy się z dystansem 300, część z nich jedzie, część pcha – ale wszyscy się uśmiechają 🙂 Przez jakiś czas jadę z na Pankracym, ale dziś jedzie chyba na jakichś dopalaczach.Goodbye my friend –  ja zdecydowanie potrzebuję się schłodzić przed przełęczą Karkonoską. Mam tylko nadzieję, że nie zacznie mi się gorączka.

Maraton Podróżnika 2017 - gdzieś na granicy Rudawskiego Parku Krajobrazowego

Do następnego punktu jadę więc sam, dopiero pod koniec spotykam jednego z kolarzy. Łapie mnie pierwszy skurcz! Coś wcześnie, ale nowo odkryte tabletki isostara z magnezem szybko sobie z nim radzą. Dojeżdżamy do podnóża przełęcz, gdzie przy ostatnim sklepie miał być punkt kontrolny. Mijam grupkę kolarzy zjadających lody przy jakimś sklepie, jednak mapa spreparowana przez Turystę wskazuje dalszy punkt. Jadę więc i czeka mnie rozczarowanie –  sklep widnieje tylko na mapie. Sprawdzam wodę w bidonach. Starczy, więc jadę w górę.

PK2 – PK3 – PŻ

Początek jest w miarę łagodny, ale tak zagotowuje się i wyprzedza mnie Pankracy. Dopóki nawigacja pokazuje poniżej 10% jakoś się jedzie. Przy 14% zaczynam się ostro męczyć. O ile nogi dają radę to czuję, że płuca płoną. Część kolarzy już odpuszcza i prowadzi, ja staram się kręcić ile się da. Niestety przy 20% już nie daję rady, jedno, że napęd jest “ciut“ za twardy (36×28), drugie, że nie jestem w stanie jechać na stojąco, bo pali mnie przełyk (tego jeszcze nie przerabiałem). Pora więc na spacer.

Razem ze mną idzie wielu kolarzy, spotykam wśród nich Bartka O. – wymieniamy parę zdań, obtarły go mocno buty i ma problem z wychodzeniem. Mijamy schodzących turystów. Słysze rozmowę dziewczyn: “Patrz, ale zmęczony” – komentują mijając kolegę przede mną. Mijają mnie i słyszę “O matko, a ten!” – czyli jednak wyglądam tak jak się czuję :).

Maraton Podróżnika 2017 - widok na podejściu na Karkonoską

Pod samym szczytem Czeska rodzina pytają mnie ile jest na dół, gdy im mówię, wydają się przerażeni i nie dowierzają. Wreszcie docieram na górę. Marzę o zimnej Kofoli więc idę do kiosku – niestety brak 🙁 Zadowalam się więc tonikiem i wegańskim batonem energetycznym o dźwięcznej nazwie „Lewy Sierpowy” – mam nadzieje, że pomoże. Dojeżdżają kolejni, wśród nich rozpoznaję Ola. Pamiątkowe zdjęcie i w drogę.

Maraton Podróżnika 2017 - Przełęcz Karkonoska

Zjazd jest świetny, długi i dosyć łagodny, tylko na agrafkach wymaga użycia hamulców. Jadę sam, więc mogę spokojnie oddać się rozmyślaniom. Lubię ten stan, może następnym razem powinienem jechać solo? Zjazd łagodnieje i przecina przez kolejne miejscowości, czysto, spokojnie, Czechy, które bardzo lubię. Kończy mi się woda więc postanawiam zatrzymać się na stacji. Jest i kofola! Delektuję się i nie zwracam uwagi na kolejne minuty postoju. W dalszej drodze spotykam kolegę z trzysetek, znów ich trasa przecina się z naszą – to był naprawdę świetny pomysł. Jedziemy razem, na zmianę łapią nas skurcze. Znów isostar daje radę. Černý Důl i kolejny krótki podjazd, lecz po Karkonoskiej nie będzie już stresu. Najtrudniejsze za mną. Jadę z myślą o punkcie żywieniowym, niestety myślałem, że jest on w Lubawce. Do granicy oszczędzam więc wodę. Na szczęście jest tam sklep gdzie udaje mi się kupić butelkę. Gdzieś po drodze mijam Endriu, który jedzie sam swoim tempem oraz innych kolarzy.

Maraton Podróżnika 2017

Odcinek w Polsce trochę mi się dłuży, mam już ochotę na coś normalnego do jedzenia. Przecinam przez Chełmsko Śląskie i wjeżdżam na małą górkę z której rozpościera się przepiękny w Mijam jakieś dzieciaki – jeden popisuje się jazdą na tylnym kole, drugi kopie w piłkę. Nagle słyszę jak ten pierwszy mówi “O! Jakbyś tak kopnął piłką w koło jak jadę, to było by coś” Hmm… czy ja wiem? Chyba nowe pokolenie jackass nam rośnie. Słońce pomału zachodzi więc trzeba się sprężyć – nie lubię jeść po ciemku. Wreszcie ostatni zakręt i w oddali widzę kotłujących się ludzi. Tam musi być jedzenie!

Jeszcze z roweru dostrzegam Kota, która uwija się jak pierwszorzędny kelner! Ledwo się zatrzymuję, a już łapie za moje bidony i proponuje jadło! Makaron z serem! Dzięki Marzenka. Oprócz niej jest też mama Emesa i koleżanka, która ratuje mnie arbuzem. To była najlepsza rzecz na punkcie. Jeszcze brzoskwinie i truskawki – choć wyjadłem tylko jedną, bo na nie chyba była rezerwacja Jelony ;). Na punkcie obija się Pankracy. Odwrotna sytuacja do zeszłego roku – wtedy to ja byłem pierwszy na punkcie. Postanawiam się szybko najeść i jechać razem z nim. Odpocznę na zjeździe. Ok, nadjeżdża Żubr, teraz to już pora wiać! 🙂

PŻ – PK4 – PK5 – PK6

Naładowane baterie więc jedzie się świetnie. Znów wjeżdżamy do Czech, gdzie po pokonaniu kilku pagórków możemy delektować się zjazdem. Cisza, spokój i świeże powietrze – czego chcieć więcej. Mijamy gwarny pub, pełna kultura – starzy i młodzi, wszyscy w dobrych humorach. Podjeżdża do mnie jakieś auto i słyszę “Jaki zawod?” Krótka wymiana zdań, kciuki w górze, bardzo pozytywnie. Już całkiem po ciemku wjeżdżamy do Kudowej Zdrój – tu przeciwieństwo, głośno, disco z głośników i ku**wy na językach. Marzy nam się kawa, ale na tę musimy poczekać, bo Orlen jest zamknięty. Znów spotykamy trzysetki – szybka wymiana zdań, sms kontrolny i ruszamy na podjazd drogą Stu Zakrętów. Jedzie się wyśmienicie, takimi drogami najbardziej lubię podjeżdżać. Na zjeździe trzeba za to mocno uważać, droga prowadzona jest wśród wysokich drzew, nie chciałbym wypaść z zakrętu – co na jednym z końcowych (jakby podwójny) może mieć miejsce. W końcu docieramy do Polanicy Zdrój gdzie robimy krótką przerwę na kawę na Orlenie. Zakładam nogawki bo robi się trochę chłodno.Niestety nie kupuję dodatkowej wody. Trochę się rozciągam przed dalszą drogą w kierunku kolejnego punktu kontrolnego.

W Bystrzycy Kłodzkiej wszyscy śpią, poza kilkoma pijaczkami słaniającymi się po drogach – trzeba uważać. Zaraz za miastem czeka nas ostatni poważniejszy podjazd na naszej trasie – Przełęcz Puchaczówka. Podjazd umila szum spływającej Białej Wody. Na szczycie zauważam, że kończy mi się woda. Głupotą było niekupienie jej w Polanicy. Niestety dopiero po maratonie dowiaduję się od Krzyśka, że na podjeździe były źródełka.

Maraton Podróżnika 2017 - Puchaczówka

No nic trzeba jakoś przeboleć. Pokonujemy zjazd do Lądka-Zdroju i małą hopkę na granicy z Czechami – to już ostatni, krótki, odcinek tym kraju. Mimo wczesnej pory słońce jest już całkiem wysoko. Wjeżdżamy do kraju, SMS kontrolny i zjazd do Paczkowa.

Maraton Podróżnika 2017

PK6 – PK7

Brak wody zaczyna mi doskwierać, nie chcę jechać za szybko, żeby nie tracić jej zapasów. Nie chcę też błądzić po mieście w poszukiwaniu stacji. Nagle z nie wiadomo skąd pojawia się Turysta – wygląda na zmęczonego – od razu dostrzegam przytroczone dwie butelki: woda i Kofola. Nie śmiem prosić o tę drugą, więc proszę go o trochę wody dla mnie i Pankracego. Dostaje się nam po ćwierć bidonu, cudownie. Z trudem powstrzymuję się, żeby nie wypić jej na raz. Kolejnym pocieszeniem jest to, że od Paczkowa ma być już płasko….

Niestety nie do końca. Nagromadzenie hopek, raz bardziej płaskich, a niekiedy całkiem stromych skutecznie wysysa ze mnie resztki sił. Już wolałbym kilka dłuższych podjazdów. Do tego asfalt zmienia się w jakiś koszmar. Może spokojnie konkurować z Lubelszczyzną. Szukam więc mniej dziurawej strony jezdni, aż nagle pojawia się odcinek kostki. Paryż-Roubaix! Mijając okoliczne wsie, próbuję wypatrzyć kogoś przy domu i poprosić o wodę. Niestety jak mi się to udaje to starsza pani (nie mylić z forumową) zamyka mi drzwi przed nosem. Szczęśliwe w tej sytuacji na niebie pojawiają się chmury, zasłaniając trochę słońce, nieszczęśliwie wzmaga się wiatr – oczywiście w twarz. Znów spotykam Bartka O. i Matwesta! Zmęczeni docieramy do Niemczy, tu wypatruję faceta ze szlauchem. Ratuje nas wodą. Jak na złość kilkaset metrów dalej jest stacja 😉 Wpadam na szybkie zakupy – coś słonego i colę. Pankracy jedzie dalej, ale czuję, że jak się nakarmię to go dogonię.

PK7 – Meta

Już tylko niewiele ponad 30 kilometrów i meta. Pojawiają się resztki sił i jak postanowiłem wcześniej doganiam kolegę, a nawet przeganiam – nie chciał tracić czasu na jedzenie to ma! Jednak nie ma stresu i tak będzie miał czas przede mną gdyż startował wcześniej – ale kogo to interesuje? Na koniec autorzy trasy zafundowali nam stromy podjazd – ten już wydeptuję na stojąco. Wnet moim oczom ukazuje się ośrodek i meta. Dziewczyny wręczają medale, rozkoszny kundelek bez ogona merda całym tyłkiem. Wszechobecna radość 🙂

Czas: 25:42 Miejsce: 25/60 sklasyfikowanych.

Maraton Podróżnika 2017 - Medal

Podsumowanie i podziękowania

Była to najlepsza edycja, na której byłem. Trasa wymagająca, urozmaicona i poza końcówką dopracowana. Świetnym posunięciem było poprowadzenie wspólnych odcinków z krótszym dystansem, przez co mogliśmy się kilka razy spotkać na trasie. Ponadprzeciętnie również zorganizowany był punkt żywnościowy – tutaj należą się wielkie podziękowania dla wolontariuszy, bez Was nie byłoby tak dobrze. Jak co roku dopisała też pogoda, pokonanie tej trasy w deszczu byłoby katorgą. Oby tak wyglądała każda kolejna edycja.

Żałuję jedynie, że wypiłem tylko jedną Kofolę 😉

Szczególne podziękowania wędrują do:

  • wolontariuszy w bazie i na punkcie żywieniowym
  • Turysty za poratowanie wodą
  • Tyska za wspaniałe dopingowanie i relacjonowanie SMS’owe
  • Pankracego za wspólną jazdę na dłuższym odcinku

Rada na przyszłość:

Jeśli zastanawiasz się, czy ci starczy wody – nie rób tego! Jak najszybciej uzupełnij zapas.

1 Comment

  1. Krzysiek
    16 czerwca 2017

    Mój „podejrzanie dobry nastrój” to rzecz jasna wynik przyspieszonej kuracji „syropami” pochodzącymi z tej samej apteki 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *