Góra za górą

Niedzielne prognozy były zadziwiające – 15 stopni. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie był to początek marca. Koledzy z grupy krakowskiej naszego ulubionego forum prześcigali się w pomysłach na trasę wycieczki. Było wiele propozycji, o różnych godzinach także było w czym wybierać. Swoją trasę postanowiłem poprowadzić kolejny raz w kierunku gór, a wśród chętnych na jej przejazd, obok Kawerny, pojawili się Rolf i Tereska.

Zanim zadzwonił budzik dostaje pierwsze SMS’y od dezerterów, niestety zbiórka o 6:30 jest wyczynem dla Rolfa i Tereski, a szkoda bo już nie pamiętam kiedy się widzieliśmy. Zaczynam standardowo, kawa, śniadanie i przygotowywanie przekąsek na drogę po czym kieruję się na miejsce zbiórki – tym razem planuje być wreszcie przed Kawerną. Jest ciepło, nawet bardzo ciepło. Przejeżdżam zaledwie dwa kilometry, a już się zagotowałem. Zrzucam wszystkie ciepłe ciuchy i odzyskuje komfort – wystarczają nogawki, rękawki i kamizelka z Windstopperem – czy to na pewno marzec? Po chwili dojeżdża kolega, swoje późniejsze przybycie tłumaczy potrzebą całkowitej reorganizacji w stroju. Nie ukrywamy radości z tego powodu i ruszamy w drogę.

Zupełnie jak ostatnio kierujemy się na podjazd w Chorowicach, a dalej postanawiamy dla odmiany zjechać szybkim zjazdem do Radziszowa. Od samego początku czuję się jakbym miał dwa razy więcej energii i mimo, że początkowe kilometry trasy mam już dobrze objeżdżone w tym roku nie nudzę się. Wszystko wygląda zupełnie inaczej w tak piękny dzień i chyba przez to nawet nie wiem kiedy mamy już pierwsze 20 kilometrów za nami. W Radziszowie przejeżdżamy przez tory kolejowe i przez Wolę Radziszowską jedziemy w stronę Lanckorony. Droga przez cały czas prowadzi pod górę, początkowo tylko lekko by przed samą wsią dać nam trochę popalić.Na rynku robimy sobie przerwę na śniadanie. Siadamy przy jednym ze stolików należących do jeszcze nie otwartej kawiarni i wyciągamy prowiant. Wieje dosyć mocny, chłodny wiatr, a niebo zachodzi raz po raz chmurami, mam nadzieję, że słońce się jeszcze wychyli. Pałaszując dużo rozmawiamy o mniej lub bardziej poważnych sprawach, zupełnie podobnie jak grupka odświętnie ubranych panów kilkadziesiąt metrów dalej – ci przynajmniej mają rozgrzewające napoje.

Dobrze najedzeni zbieramy się w dalszą drogę. Do tej pory krajobraz nie wiele się zmieniał, ot wiosenne roztopy, odsłonięte porozrzucane śmieci i ścięte drzewa – te ostatnie niestety ostatnio na topie – dlatego tym bardziej cieszy pierwszy widok z góry na dalszą okolicę. Zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcie, niestety nie zdążam uchwycić zjeżdżającego Kawerny – następnym razem bo dobre miejsce na ciekawy kadr.

Jesteśmy coraz bliżej pierwszego z głównych celów – Góry Makowskiej jednak zanim do niej dotrzemy musimy pokonać jeszcze jeden większy podjazd. Oczywiście mogłem poprowadzić trasę inaczej, tak, że nie zdążylibyśmy się zmęczyć zanim dotrzemy na Makowską, ale gdzie wtedy przyjemność? Góra, za górą! – śmiejemy się i kręcimy dalej. Na jednym ze zjazdów wypatruję Kawernie ogrodzeniowe lwy – musimy się zatrzymać, to kolejny szalony projekt kolegi zaraz po fotografiach zagubionych rękawiczek. Wreszcie docieramy do Jachówki gdzie zanim zaczniemy tę katorgę postanawiamy się dociążyć butelką piwa (0.5% !). Na Górę Makowską zawsze wyjeżdżałem od Makowa, drogą krzyżową i zjeżdżając tą wąską i bardzo stromą dróżką zastanawiałem się musi się ciężko podjeżdżać. Z pokorą więc zaczynam się wspinać. Po chwili jednak pokorę muszę rzucić na bok – droga jest tak stroma, że przy moim najlżejszym przełożeniu muszę od razu wstać na pedały. Skupiam się na oddechu, żeby nie zasapać się i nie myśleć o bólu nóg. Znajduję swoje tempo i właśnie w tym momencie dostrzegam jadącego z góry kolarza. Wygląda znajomo. To Krzysiek! Nie mogło być gorszego miejsca na spotkanie, ale cóż trzeba się przywitać. Chwila przerwy na pogaduchy i trzeba wrócić do rzeczywistości, a rzeczywistość jest taka, że cholernie ciężko ruszyć  z miejsca na tak stromym podjeździe. Na szczęście jakoś się udaje i mogę wyciskać dalsze metry – przednia zabawa! Podjazd nie jest długi, jednak ma miejscami ponad 20% nachylenia. Na szczycie czekam chwilę na Kawernę, któremu jego przełożenie pozawala na bardziej rekreacyjną jazdę. Postanawiamy zatrzymać się przy kapliczce gdyż znajduje się tam ławeczka i to z widokiem na Tatry i Babią Górę – idealne miejsce by strzelić sobie zasłużone piwko.

Chwilę tu siedzimy, słucham opowieści Kawerny o burzy w Tatrach – niezła historia – i  z niecierpliwością sprawdzam wyniki zapisów na tegoroczny Maraton Podróżnika. Niestety dalej nic nie wiadomo. Zbieramy się ponieważ wiatr przybrał na sile i zrobiło się chłodno. Na początek zjazd po serpentynach, który byłby bardzo przyjemny gdyby nie kierowca w samochodzie za mną, który bał się mnie wyprzedzić, ale nie bał się dojeżdżać do mnie co kilka metrów. W Makowie rzut okiem na mapę i modyfikujemy trasę uciekając z głównej drogi. Kosztuje nas to trochę sił gdyż droga jest pofalowana, jednak obaj zdecydowanie wolimy to niż ruchliwą szosę.

W Suchej Beskidzkiej trafiamy na drogę wojewódzką na szczęście nie jest zbyt ruchliwa. Okolica niezbyt przyjemna nie ma na czym zawiesić oka. Jedziemy lekko pod górę i centralnie pod wiatr, który wywija nam nogawki. Przez chwilę udaje złapać się koła jakimś kolarzom. Nie jest lekko jechać za nimi – odpuszczamy gdyż jeszcze nie osiągnęliśmy nawet połowy naszej wycieczki. Droga zaczyna się dłużyć. Wciąż szarpiemy się z wiatrem i wciąż okolica nie ma nic do zaoferowania.

Dopiero za Lachowicami robi się znów ciekawiej – oddalamy się od głównej drogi, a na dodatek w Borusiówce zaczyna się ostrzejszy podjazd. W jego szczytowym punkcie leży jeszcze trochę śniegu. Dalej droga trawersuje przez wioskę Kocoń, jest położona na górce skąd rozpościerają się przepiękne widoki na okolicę. Wypatruję drewnianych domów (moje ciche marzenie) i jednemu z nich robię zdjęcie. Bardzo fajny przerywnik na tym nudnym dojeździe do celu wycieczki – na szczęście dzieli nas już tylko szybki zjazd i kilka kilometrów i już jesteśmy u podnóża Przełęczy Kocierskiej. Pogoda trochę się popsuła, niebo zaszło chmurami i wzmógł się silniejszy wiatr  – ten ostatni od teraz będzie naszym sprzymierzeńcem. W parku w Łękawicy postanawiamy nabrać trochę sił dojadając resztkę zapasów, wyciągam też termos z herbatą, który z początku wydawał się zbędnym balastem, a teraz okazuje się strzałem w dziesiątkę. Sprawdzamy znów zapisy na Maraton Podróżnika i okazuje się, że z naszej dwójki tylko ja miałem szczęście. Kawerna nie ukrywa rozczarowania, ja jednak wierzę, że bez problemu dostanie się w drugiej turze.

 

Na Kocierską, podobnie jak wcześniejszą Makowską zawsze wyjeżdżałem od drugiej strony, także mogę ten podjazd potraktować jako pewną nowość.  Z początku droga wiedzie lekko pod górę, wzdłuż Kocierzanki by w pewnym momencie odbić i wić się kilkoma serpentynami. Praktycznie cały czas nie wyjeżdżamy z lasu, przez co widoków też jakichś specjalnych nie ma. Dopiero bliżej szczytu las się trochę przerzedza, chmury się rozrzedziły i świeci ciepłe słońce. Na górce czekam chwilę na Kawernę i marzę o szybkim powrocie. Wybudowano tu olbrzymi kompleks „wypoczynkowy”, SPA, restaurację, salę bankietową itp. Wygląda to strasznie, do tego pełno jest niedzielnych turystów w wypicowanych na tę okazję autach. Początkowo myślałem, że wypijemy tu kawę jednak przebywając w tym miejscu jedyne o czym marzę to czekający nas zjazd. A jest o czym marzyć gdyż ciągnie się już z kilkoma niewielkimi hopkami do samych Wadowic – przeszło 30 kilometrów.

Na jedną z wcześniej wspomnianych hopek – w okolicy Wieprza i Przyśnicy –  warto zwrócić uwagę gdyż jest bardzo ładna widokowo. Ciekawy jest też odcinek za Tomicami – między Witanowicami a Marcyporębą gdzie droga trawersuje po jednym z pagórków dzięki czemu mamy widoki na okolicę po dwóch stronach. Z prawej w oddali majaczy ośnieżona Babia Góra. Wiatr cały czas pcha nas w kierunku domów. Szybko docieramy do wału na Wiśle, na którym wyasfaltowano część rowerowego szlaku i podążamy  w stronę Skawiny.Zrobiło się już całkiem późno i zaczynamy majaczyć –  wyobrażamy sobie co nas czeka po powrocie na kolację. Oddalamy jednak te myśli i kręcimy dalej. W Kopance zastanawiamy się na ile przejezdna jest część wałem wiślanym i postanawiamy jednak nie ryzykować i kierować się na obwodnicę Skawiny. Wkrótce docieramy do domów.

Tak oto odbyłem pierwszą wiosenną wycieczkę jeszcze tej zimy:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *