500+ czyli Maraton Podróżnika 2016

Długo wyczekiwana przeze mnie impreza jaką był Maraton Podróżnika odbyła się 4-5 czerwca. W zeszłym roku MP był moim pierwszym dystansem ponad 300km, mordercze 530km po górach – ponad 7000m przewyższenia  – w lejącym się żarze. Wtedy dosyć się zmasakrowałem, miałem kontuzję kolana i kolegę z arytmią. Mimo wszystko udał się przejechać. W tym roku miał więc być “spacerek”.

Na rozgrzewkę w tym roku machnąłem 300km do Sandomierza, 510 na Pięknym Wschodzie, pieszy Szlak orlich Gniazd i kilka mniejszych tras. Czułem się raczej rozjeżdżony, jednak przez ostatnie 2 tygodnie przed maratonem rzadko kiedy spałem dłużej niż 5 godzin – wpadło trochę zajęć nadprogramowych. Mniejsza z tym.

Przyjazd

Do bazy dojeżdżam pociągiem razem z Żubrem i Tereską. Na początku miałem lekkie obawy gdyż nie mogłem ich wypatrzyć na niewiele ponad 5 minut przed odjazdem (zwłaszcza, że Żubr miał nasze bilety) jednak zjawili się i szybko zapakowaliśmy się do pociągu tzn. jego przedsionka. Ponoć już klasyką na tej trasie jest wirtualny wagon rowerowy. Droga minęła szybko, dzięki poznawczym pogaduchom, śmiechom i całkiem ładnym widokom po drugiej stronie okna. W Kielcach robimy szybkie zakupy i jedziemy do bazy. Na miejsce docieramy po zmroku. Droga do naszego domku była przerwana co chwilę pogaduchami z przybyłymi już zawodnikami. Tereska spała w namiocie, który targała w gigantycznym plecaku – jak widać, teraz to chłopy są wygodnickie. Minęło może 10 minut od przyjazdu a już psuję okulary najeżdżając na nie rowerem i gubię nosek – bez nich ani rusz, więc kombinuję nowy z papieru toaletowego i armeńskiej taśmy klejącej – powinien dać radę. (Tak wiem, nie ma czym się chwalić) Po rozpakowaniu idziemy na ognisko – tu wszyscy się znają, nie mam nawet szans na wypowiedzenie choć jednego zdania poza “idę już spać”. Tak to już jest jak nie jeździ się na forumowe zloty 😉 Oprócz mnie i Żubra w pokoju jeszcze Skaut – przesympatyczny z niego osobnik. Trochę gadamy aż w końcu przyjmujemy pozycję horyzontalną.

Ranek:

Pierwsza myśl po przebudzeniu jest oczywista: “kawa”. Jednak druga myśl – o tym gdzie jest kuchnia – nie napawa mnie optymizmem. Na szczęście Skaut wziął palnik i butlę z gazem – niestety niezbyt ze sobą kompatybilne. Pora na żebry u chłopaków spod dwójki. Pożyczają nam palnik z gazem. Wkrótce pierwszy łyk kawy rozwiewa mgłę w mojej głowie. Prysznic, szybkie śniadanie, dopakowywanie i w drogę. Jest już po odprawie więc szybko odbieramy numery i przypinamy do rowerów. Jeszcze dopompowuję koła i zamieniam kilka słów z M.arkiem i Pankracym. Startuję o 8:05 w drugiej grupie – jest tu kilka mocnych osób, wśród nich widzę też Wilka który miał startować w pierwszej. “Fajnie, pewnie tu ich ostatni raz widzę” – myślę.

Start – PK1

Ruszamy! Na początku zjazd dziurawą drogą spod ośrodka i dalej główną do Świętej Katarzyny. Prowadzi Wilk, za nim trzyma się Kot – co praktycznie nie zmieniło się do końca maratonu. Jedziemy ponad 30km/h (na powrocie orientuję się, że było tu lekko pod górę). Zaraz przed Świętą Katarzyną jest podjazd. Jedzie mi się świetnie, robię zdjęcie i spada mi część pokrowca z aparatu. Stop na 5 sekund i dalej w drogę. Pierwsze kilometry pokonuję z Emesem, podziwiamy widoki, trochę rozmawiamy. Później dołącza do nas ????. Jedzie się świetnie, w ogóle nie czuję, że z taką prędkością. Po drodze mijamy Ola, który nie próbuje nas gonić. Pęcherz mam już pełny od kilku kilometrów, ale staram się wytrzymać ile mogę – nie chcę tracić takich współtowarzyszy:) Litują się jednak nade mną i robimy sikustop.
Doganiają nas chłopaki z lubelskiej grupy, chwilę jedziemy razem jednak ich tempo jest zdecydowanie mocniejsze. Pojawia się (nie mogę sobie przypomnieć kiedy) też Wilk, Kot, Wąski. Z nimi jedzie mi się najlepiej, Wilk utrzymuje równe tempo, tylko na kilku pagórkach ich wyprzedzam jadąc swoje, jednak tych na razie jest mało – do Szczucina jest praktycznie z górki. Dojeżdżamy do niego ze średnią ok. 31km/h – na 150 kilometrach, tego jeszcze nie było. Wysyłamy sms’y, rzucamy się na drożdżówki i dolewamy wodę. Nie ma czasu, na lenistwo, od razu ruszam. Na punkcie był też M.arek i Żubr – oni jednak postanowili już teraz odpuścić jazdę z nami. Też planowałem odłączyć się w tym miejscu, ale za dobre towarzystwo, żeby je opuszczać.

PK1 – PK2

Pierwsze kilometry za Szczucinem wciąż są po płaskim co oznacza jeszcze przez jakiś czas 30+ na licznik. Przejeżdżamy nad A4 i  kierujemy się – już lekko pod górę –  w stronę Pilzna. Przed Tuchowem zaczynają się pierwsze górki nagrodzone jednak fantastycznym zjazdem do samego miasta. W sklepie przy rynku uzupełniamy zapasy wody, w oko wpada mi kinder coutry (takie tam wspomnienie z wakacji;)) Jest gorąco, ale to nic w porównaniu z zeszłoroczną edycją. Mocno pagórkowata droga równoległa do pasma Brzanki pozwala się rozgrzać przed pierwszym większym podjazdem na trasie, na Wielką Górę między Żurową a Ryglicami. Jechałem tego roku w odwrotnym kierunku lecz za nic nie mogę sobie przypomnieć nic ze zjazdu (będącego teraz podjazdem). Jedzie się nieźle, słońce daje trochę popalić. Kot i Wąski zostają z tyłu, Wilk wyrywa na przód, kogoś mijam, ktoś inny pcha. Jadę swoim tempem. Przed szczytem mijam leżącego w trawie Wilka, który czeka na Kota. Na górze jest punkt kontrolny nr 2, wysyłam sms i trochę się rozciągam. Od dłuższego czasu zaczynam czuć ból w prawym kolanie, raz lekki, a  raz jakby ktoś mi wbijał w nie dłuto – wsmarowuję pół tubki diclacu.

PK2 – PK3

Nadjeżdża Wąski i razem zjeżdżamy do Ryglic. Droga trochę dziurawa – tego też nie pamiętałem z zeszłej wycieczki. Na dole czekamy na resztę i od razu ruszamy dalej. Znów trochę pagórkowato, ale jedzie się nad wyraz dobrze, maść skutecznie przytłumiła ból. Jednak za kilka kilometrów za Brzostkiem znów przypomina o sobie, ale dzieje się coś gorszego – słabnę. Przez dłuższy czas większość myśli skoncentrowana była wokół ładnych widoków, radości z tempa i nieszczęsnego bólu kolana, zapomniałem za to podjadać. Ratuję się szybko batonem, ale dopływ mocy jest mocno przytkany. Jeszcze chwilę toczę się za towarzyszami próbując się utrzymać lecz na podjeździe w Gogołowie zaczynają się mocno oddalać. Bombardowany myślami postanawiam jednak odpocząć i dać wchłonąć się jedzeniu – szkoda, tak dobrze mi się z nimi jechało. Siadam w betonowej wiacie i jeszcze coś podjadam, już mam ruszać gdy dostrzegam kogoś z naszych kręcącego się pod okolicznym sklepem. Podjeżdżam, chwilę zamulamy, uzupełniam zapasy wody i postanawiamy razem potoczyć się dalej.
Jest już moja ulubiona pora dnia, ciepłe zachodzące słońce, zbieram się w sobie, siły wracają, niestety kolano dalej boli. Z kolegą – którego imienia niestety nie pamiętam – rozmawiamy o jeździe tirem, życiu i oczywiście o kręceniu na rowerze. To wszystko plus ładne widoki pozwalają nam dotrzeć do PK3. Jednak zanim do tego doszło czekała nas ścianka 23%. Kolega nawet się nie zastanawiał i od razu zszedł z roweru, mi niestety włączyła się fantazja “stroma ta górka, ale przecież wyjeżdżało się na takie, mam szosowe spdy, to lepiej podjechać, wezmę ją slalomem”. Zrzucam więc na najlżejszy bieg i próbuję – jeden obrót korby drugi, za mamusię, za tatuu… o k*** ból przeszywa kolano, przednie koło się podnosi – bęc! Żeby wszystkiego było mało, ląduję na bolącym kolanie – tak, głupota! Siedzę chwilę bez ruchu i boję się ruszyć nogą – jedyne o czym myślę to o tym, żeby nie kończyć jeszcze tego maratonu. Dobra, wstaję. Jest dobrze, trochę krwi, trochę spuchło, ale się rusza, wcześniejszy ból został stłumiony nowym 😉
Resztę podjazdu pokornie dreptam. Za nim okazuje się, że droga trafia w połowę kolejnego podjazdu. Tu rozmawiamy chwilę o tym co tu robimy z jakąś dziewczyna pchającą rower, ale nie za długo, już dużo czasu zmarnowaliśmy przez moje piruety. Koniec końców podjeżdżamy pod ruiny zamku i  skręcamy na PK3 na którym ku mojemu zdziwieniu spotykam jeszcze moich wcześniejszych towarzyszy. Kot robi zdjęcie mojej nodze, oraz co mnie bardziej dziwi jak smarkam – kilka dni po maratonie wychodzi na jaw jej talent reporterski:).

Na punkcie dostaję michę makaronu z sosem, kawę i wspaniały placek. Jest też masa bananów, wafelków, drożdżówek i napitków. Ktoś napełnia mi bidony wodą (wielkie dzięki), ktoś inny zagaduje. Gustav filmuje hasającego psiaka. Pojawia się Pankracy, Żubr. Postanawiam chwilę dłużej posiedzieć, dać odpocząć nodze i poczekać na Pankracego aż zje (jeździliśmy kilka razy tego roku i odpowiada mi jego tempo). Namierzam materac z widokiem na Krosno i rozprostowuję nogi. Wkrótce pora ruszać.

PK3 – PK4

Najedzony i trochę rozleniwiony zapominam o bólu kolana. Pierwsze kilometry robią na mnie dobre wrażenie, zachodzące słońce, cisza, spokój i urokliwe widoki. W podziwianiu tych ostatnich przeszkadza mi trochę łzawiące oko. Zatrzymuję się co chwilkę i przecieram okulary z potu lecz nie pomaga to na długo (dopiero rano orientuję się, że ta mgiełka wcale nie jest na okularach, a  po prostu trochę  mi przewiało oko). W końcu jakoś przestaję zwracać na to uwagę. Robi się całkiem ciemno i nawet dość chłodno, jednak nie decyduję się na nic pod kurtkę – wolę się rozgrzać kręceniem, akurat wyższa kadencja służy kolanu.  Za Brzozowem kolejna górka, która kończy się całkiem fajnymi serpentynami w dół do Izdebek – PK4. Tu już całkiem chłodno przez płynącą rzeczkę. Trochę żałuję, że nie wziąłem żadnych rękawiczek – węzmę na BBT. Wysyłam SMSa i w drogę.

PK4 – PK5

Podczas jazdy w nocy nawet nie chce mi się spać, mimo wszystko mam olbrzymią ochotę na kawę. Czuję, że trochę zamulamy. Gadamy o pierdołach, a tempo wyraźnie spada. Według Pankracego czekają nas jeszcze dwa ostrzejsze podjazdy i część górska za nami. Jedzie się nawet nieźle, nic tu nie ma, czasem tylko coś poruszy się w krzakach – ot tyle z rozrywki. Męczymy jeden podjazd, męczymy drugi, 350 kilometr – teraz już z górki. Dojeżdżamy do Sędziszowa Małopolskiego (PK5) i nieśmiało rozglądamy się za jakąś stacją benzynową – Pankracy mówi coś o drugim końcu miasta, odpada, szkoda czasu – jedziemy.

PK5 – PK6

Początek odcinka prowadzi krajówką, niezbyt przyjaźnie i trochę mam obawy przed BBT – będzie trzeba zacisnąć zęby i jechać. Na szczęście tym razem tylko krótki odcinek i wjeżdżamy znów w las. Za nami widać co jakiś czas jakieś światła – chyba mamy zwidy. Jeszcze chwilę tak kręcimy i światła się zbliżają, czyżby nas ktoś dogonił? Po chwili wybałuszam oczy – Wilk? Kot? Wąski? Ale jak to? Nie ma czasu na pytania bo “pociąg” składa się z liczniejszej grupy, trzeba zająć swój przedział. Później dowiaduję się, że jednak była stacja blisko punktu w Sędziszowie, tam na chwilę zatrzymali się przez co minęliśmy ich niepostrzeżenie. Bardzo się na to ucieszyłem, efekt red bulla bez red bulla:) Po jakimś czasie jednak grupka zaczyna się rozrywać, staram się więc trzymać “moich” gdyż to tempo mi odpowiada. Jednak zaczyna mnie męczyć pęcherz, zastanawiam się czy po postoju jeszcze ich dogonię. Więc postanawiam najpierw wyrwać trochę do przodu i potem liczyć na szczęście. Jakoś się udaje, jednak Pankracy zaczyna mocno zamulać. Zjeżdżam więc z nim na stację, wpadamy:
– “kawy! kawy! kawy!”
– ee..yy..ekspres.. yy myje się.. 10-15 minut?
Klnę pod nosem, ani kawy, ani jazdy w grupie. Ponoć jest następna stacja za jakieś 5km. Co poradzić. Jadąc wydaje mi się, że mijamy kogoś z naszych na przystanku. Jak później się okazuje był to Wąski z małymi problemami żołądkowymi. Dojeżdżamy w końcu na Statoil w Nowej Dębie. Biorę kawę i próbuję coś zjeść z zapasów. Jest i Wąski, leczy się grillowaną kanapką. Po chwili się zwija, na co też mam ochotę bo robi się trochę zimno. Jednak Pankracy potrzebuje jeszcze czasu, mówi, żebym jechał, ale postanawiam chwilę mu potowarzyszyć. Po reanimacji herbatą wsiada na rower. Zaczyna świtać. Ostatnimi czasy bardzo polubiłem wschody słońca na rowerze (dzięki M.arek ;)). Jedziemy w dosyć gęstej mgle, wzdłuż jakichś stawów. Kawa i fajne widoki mnie pobudziły, Pankracy jedzie jak po piachu. Musze mocno się pilnować, a i tak go zostawiam w tyle. Obracam się i widzę tylko jego lampkę – ok tak możemy jechać, odwracam się jeszcze raz – lampki brak. Zawracam, żeby sprawdzić czy nie leży w rowie. Na szczęście postanawia się tylko zdrzemnąć na przystanku. (Trochę chłodno, zapomniałem spytać czy ma NRC, niestety nie miał i troszkę zmarzł.)
Od razu przyspieszam i jadę swoim tempem, może nie jakimś wygórowanym ale jednak swoim. W świetle poranka wjeżdżam do Sandomierza – kolejny raz w tym roku. Trochę kusi kawa na Orlenie na dole, ale myślę, że może ktoś tam akurat odpoczywa i mnie dogoni później więc jadę prosto na rynek. Odpoczywam chwilę w samotności na ławce – poza kilkoma gołębiami nie ma tu żywej duszy. To już ostatni punk kontrolny – kolejnym jest meta.

PK6 – Meta

Patrzę na licznik, a tu już mniej niż 100km do końca. Budująca to myśl. Robi się całkiem ciepło, ściągam wszystkie warstwy grzewcze poza nogawkami – lekki ucisk pomaga kolanom. W Opatowie postanawiam nadrobić zaległą kawę. Na stacji kupuję też kanapkę – wreszcie coś nie słodkiego. Siedzę tak, pałaszuję, rozmyślam i nagle przed moimi oczami pojawia się Wąski. Znowu?! Dopijam duszkiem kawę, biegnę do kosza, wsiadam na rower i gonię ich – bo razem z Wąskim jedzie Gustav i ???. Taki to już maraton, pojawiam się i znikam. Niezwykle budujące to spotkanie. Gustav tryska humorem, Wąski sypie dowcipem. Mimo wszystko zaczynam czuć trochę zmęczenie, nie mam siły mówić, ale bawię się świetnie słuchając. Słońce już zaczyna mocno przypiekać więc robimy postój przy sklepie – lody i coś do picia. Dojeżdżają do nas Wilk z Kotem, która niestety nie czuje się najlepiej. Po tym krótkim postoju ruszamy. Już wypatrujemy mety, ale nie ma tak łatwo, jeszcze trochę trzeba podjechać. Bodzentyn, Święta Katarzyna i skręcamy na drogę którą zaczynaliśmy. Jest z górki –  trochę mnie to dziwi bo gdy startowaliśmy przez nasze tempo wydawało mi się, że w tamtym kierunku też było z górki. Zostaje ostatni podjazd, Gustav robi za komentatora, postanawiamy wszyscy razem wjechać na metę. Koniec. Medal. Czas  26:33.

Podsumowanie

Dawno nie bawiłem się tak dobrze. Impreza zorganizowana na medal, począwszy od bazy maratonu przez świetnie wytyczoną trasę, a na pogodzie kończąc 😉 Bardzo fajnie było poznać kolejnych forumowiczów. Już czekam na kolejną edycję.

Krótkie podziękowania:

  • Żubrowi i Teresce za przyjemny dojazd
  • kolegom z pokoju obok za pożyczenie kuchenki na poranną kawę
  • Wilkowi, Kotu i Wąskiemu za koło i pojawianie się na trasie w najlepszych na to momentach
  • organizatorom punktu żywieniowego – nie chciało się ruszać – a placek, sami wiecie jak był dobry 🙂
  • Pankracemu za nocne kilometry
  • M.arkowi za przetransportowanie moich gratów autem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *